Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marketing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marketing. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2014

Te wszystkie drobiazgi w tle

Łamiąca wiadomość: żyję. Nie umarłem, nie zarzuciłem bloga - po prostu nie mam czasu, sił i pomysłów, żeby pisać moje typowe, rozwlekłe monologi. Dlatego dzisiaj krótko (albo i nie...) i geekowato.

Odkąd grywam w jakiekolwiek gry, zawsze lubiłem ciekawe fabuły i wyraziste postacie. Czasem jednak zdarzało się, że tło zarysowane było w bardziej interesujący sposób, niż główne wątki i bohaterowie. Po prostu kryło się w tym tle coś, co człowiek chciał poznać bliżej. Ale jak wiadomo, gra ma swój początek, fabułę i koniec - często zresztą bardzo linearne. Niektóre, cieszące się większym zainteresowaniem, dorabiały się dodatków w postaci książek, komiksów czy nawet filmów. Niewiele jest jednak uniwersów tak rozbudowanych, jak świat Warcrafta.
I wiecie co? Zachwyca mnie to, jak Blizzard potrafi najmniejszym pierdółkom dać życie, historię i przyszłość. Ta myśl chodziła za mną od dłuższego czasu, ale dziś uświadomiłem sobie, jak bardzo jest trafna. Poczytajcie zresztą sami. Przejrzyjcie komentarze do dwóch postaci (ostrożnie - wizyta pod tymi linkami może się skończyć kilkugodzinną sesją wikiwalkingu, więc w razie czego nie miejcie do mnie pretensji o to, że odebrałem wam cały niedzielny wieczór):
I chociaż nie grywam na oficjalnych serwerach, czuję teraz potrzebę, żeby to zmienić - stworzyć sobie łotrzyka, wyciągnąć go na odpowiedni poziom, a potem zaczaić się na Yorika i po prostu popodsłuchiwać. Czy to tylko plotka, stworzona przez graczy z nadaktywną wyobraźnią, czy ten yaungol o pysku taurena rzeczywiście wspomina inne czasy i inną osobę, która umarła w podziemnym doku na południe od Moonbrook? A nawet jeśli nie, to pamiątki po tamtym starym piracie same opowiadają pewną historię...

Od dawna wiadomo, że Blizzard po prostu reaguje na swoich fanów. Powiecie, że Blizzard tak naprawdę leje na fanów i po prostu tłucze kasę - żeby tłuc kasę, trzeba zatrzymać klientów przy sobie. W ten czy inny sposób. Polubili tego starego byka, więc czemu nie miałby dostać drugiej szansy? Starzy gracze, pamiętający jeszcze czasy TBC czy nawet Vanilli, będą chcieli wrócić do gry, choćby po to, żeby ponapawać się tym małym ukłonem w stronę ich wspomnień. Powiedzcie mi, ile firm słucha głosu swoich fanów i klientów do tego stopnia? Ile firm umieszcza w swoim produkcie gustowne i ciekawe odwołania nie tylko do własnych pracowników, zmarłych w trakcie produkcji, ale i do swoich krytyków?

A czemu tak bardzo poruszyła mnie rzecz tak mała i nieistotna? Pewnie z powodu nawracającej w różnych dziwnych momentach apofenii. Często czuję, że świat dookoła mnie układa się w konkretne wzorce, chociaż na pozór wydaje się kompletnym chaosem. I kiedy dziś przypadkiem trafiłem na artykuł o Yoriku, od razu przypomniała mi się myśl, która chodzi za mną od kilku dni:
Ciekawe, czy w WoW będzie można zobaczyć młodego Saru (jeszcze nie Steelfury, bo dzieciak) dmącego w miechy gdzieś w draenorskich kuźniach klanu Czarnej Skały czy Wojennej Pieśni. Nieopierzonego terminatora, nieświadomego tego, że w innej wersji historii został mistrzem kowalskim, dorobił się własnego warsztatu w dużym mieście na obcej planecie i miał dwie fajne, zaangażowane w jego pracę córki.
I tak jak w przypadku Yorika, czuję wielką chęć przekonania się o tym osobiście. Tym razem to mój osobisty pomysł, którego pewnie nikt w Blizzardzie nie podchwycił - chociaż kto wie, może? Może ktoś lubi, tak samo jak ja, wpadać do kuźni Saru na sesję robótek ręcznych w metalu, albo po prostu siedzieć i patrzeć, jak razem z Sumi i Tumi kują broń dla Hordy?
Tak, jestem porąbany, przynajmniej według standardów przeciętnego szarego Polaka. Nie, nie spędzam naprawdę długich godzin przed komputerem, gapiąc się, jak trójka orków na ekranie macha młotkami. Ale kiedy gram postacią parającą się kowalstwem, kuźnia w Dolinie Honoru zwykle staje się jej drugim domem (pierwszego nie odwiedza, wiadomo - poszukiwacz przygód i te sprawy...). Z punktu widzenia postaci, Saru Steelfury jest jak przybrany ojciec, a przynajmniej wujek - taki zielony, zębaty wujek, które pokazuje, jak się majstruje różne fajne rzeczy do robienia ludziom kuku. Wczuwam się? Jasne. Nie bez powodu World of Warcraft jest określany jako gra MMORPG.

A te drobne smaczki, nadające wirtualnemu światowi posmak rzeczywistości, są dla mnie wystarczającym dowodem na tezę, że gry komputerowe są sztuką w niczym nie ustępującą malarstwu czy pisarstwu. Można napisać gniota, namalować bohomaza czy wyprodukować grę, o której za rok wszyscy zapomną. Można też stworzyć coś wielkiego, przemawiającego do ludzi na wielu poziomach i w wiele sposobów. Chociaż Warcraft z poziomu postaci gracza wydaje się czymś prostym, niekiedy wręcz infantylnym, przeładowanym nawiązaniami popkulturowymi i nie zawsze lotnym dowcipem - to w swojej głębszej warstwie staje się czymś wybitnym, nawet wtedy, gdy decyzje jego twórców budzą początkowo wątpliwości odbiorców.

A te wszystkie drobiazgi w tle, tak pozornie nieważne... To przecież my, z perspektywy kogoś innego, kogo życie tylko rozgrywa się w tym samym miejscu, co nasze. Uważam, że moje mało "zajebiste", nieistotne dla ponad 99,99% ludzkości istnienie ma jednak znaczenie i sens, a beze mnie świat byłby nieco mniej fajny. A bez was? Jak myślicie?

czwartek, 25 września 2014

O piwie, ekspertach i innych marnościach

Ostatnio dzieje się mnóstwo rzeczy, które zaprzątają moją głowę na moment - godzinę, dwie, maksymalnie jeden dzień. Dobra, są też takie, które mnie wciągają na dłużej, ale głównie kończą się zaangażowaniem w dyskusje na tych czy innych serwisach społecznościowych. Część z tych spraw interesuje mnie z powodów zawodowych, inne światopoglądowo... ale żadna nie jest dość ważna, aby z jej powodu produkować się na blogu.
Przynajmniej tak myślałem do tej pory. Dziś zajrzałem na mojego bloga, porównałem go z mnóstwem innych, które linkowane są w rozmaitych grupach na FB i doszedłem do wniosku, że mój fetysz na punkcie ścian tekstu jest upierdliwy. Nie dla czytelnika - zakładam, że kto nie chce czytać więcej niż pięciu akapitów, ten po prostu zamknie okno i pójdzie dalej. Dla mnie. Wklepanie więcej niż dwóch ekranów sensownej treści wymaga dokładnego przemyślenia tego, o czym piszę, po czym ubrania pomysłu we względnie przystępną formę. W efekcie wiele rzeczy, które mnie "ruszają", po prostu tutaj nie trafia, bo są zbyt małe, przyziemne, nie trzymają narzuconej przeze mnie formy, a blog świeci pustkami.
Dlatego od dzisiaj postaram się wrzucać częściej krótkie, nie przegadane komentarze do rzeczywistości, głównie w tematach, które mnie szczególnie interesują. Ta notka miała być jednym z nich, ale oczywiście nie wyszło...

~~~~

Dzisiaj krętymi drogami (m.in. poprzez stronę FB Tomasza Kopyry) dotarłem do pewnego żenującego filmiku. Interia odwaliła kawał świetnej roboty dezinformacyjnej - przedstawia bohatera klipu jako "sensoryka i znawcę piwnego", na szczęście dodając, że prowadzi on warsztaty dla Browarów Książęcych. Nawet jeśli nie zna się "mapy polskiego piwowarstwa", to nietrudno dowiedzieć się, że marka Książęce należy do Kompanii Piwowarskiej - dużego koncernu, którego produkty znaleźć można w dowolnym markecie pod kuszącymi nazwami "Żubr", "Tyskie", "Dębowe Mocne" (brrr) czy "Wojak" (podwójne brrr). Z osobistego doświadczenia muszę przyznać, że Książęce we wszystkich odsłonach jest chyba najbardziej pijalnym produktem Kompanii. Nie zmienia to faktu, że jest produktem koncernowym, a wszelkie próby "uświadamiania" przeciętnego Kowalskiego przez koncerny budzą we mnie pusty śmiech. Przypominają mi się zresztą warsztaty prowadzone w namiocie Tyskiego na tegorocznych Chmielakach, gdzie prowadzący zachęcał do wyniuchiwania nut zielonych, brązowych i innych w kubeczkach przechłodzonego, wodnistego "Gronia".

Ale wróćmy do tematu. Pan Kantor rozpoczyna swoją wypowiedź od wymieniania tradycyjnie "piwnych" krajów, do których warto się wybrać, żeby spróbować czegoś ciekawego. Udziela przy tym rady, żeby, jeśli już gdzieś pojechaliśmy, pić piwa lokalne. Pomijając już sposób, w jaki podaje tę radę - nieskładny, budzący mój lekki i nie do końca określony niepokój w temacie ogólnej logiki całej wypowiedzi - muszę się przyczepić do samej treści. Spodziewałbym się, że nawet totalny nowicjusz w temacie turystyki piwnej będzie rozumiał tę podstawową kwestię: "jeśli jadę do Belgii spróbować piwa, to kupię porządne belgijskie, a nie Coronę czy Żywca w ichniejszej Żabce". Tymczasem pan Kantor podaje tę informację tak, jakby była wiedzą tajemną, czymś, co trzeba tępemu ludowi wytłumaczyć, bo sam nie zrozumie.
Druga część filmiku budzi we mnie jeszcze większe zażenowanie. "Wytrawny piwosz wszędzie się napije dobrego piwa", ale... no właśnie, nieszczęsna Ameryka. Z wypowiedzi pana Kantora wynika, że amerykańskie piwa co do jednego są po prostu słabe, bez wyrazu, mogą je żłopać nawet kierowcy. Tymczasem my, Europejczycy, jesteśmy przyzwyczajeni do piw mocnych, solidnych smakowo i procentowo.
Co do preferencji procentów - mogę się zgodzić, chociaż to nie skala europejska, a raczej krajowa, w dodatku wynikająca z wieloletniej polityki koncernów piwowarskich (przypomnę - także chlebodawców pana Kantora), które głównie produkują towar służący do nawalenia się jak szpadel, a nie do zaspokojenia wyższych potrzeb. Z kolei w pochwalonych wcześniej Czechach dość regularnie pija się właśnie piwa słabe, lekkie, pozwalające na przejście po prostej linii z zamkniętymi oczami nawet po kilku kufelkach, co jest głównym zarzutem "eksperta" wobec piw amerykańskich. Nie nazwałbym takich czeskich piw "produktami piwopodobnymi", ale oczywiście mogę się mylić. W końcu jestem nowicjuszem w temacie kultury piwnej.
Zastanawia mnie tylko, skąd pan Kantor czerpie swoje informacje na temat amerykańskiego rynku. Jasne, jest on pełen Coorsów, Budów, Pabstów i innych produktów z nieodłącznym napisem "Light", służących głównie do picia w temperaturach bliskich zeru pod mecz futbolowy. Ale nie bez powodu piwa, które w Polsce rozpoczęły poważne przetasowanie na rynku piwnym, w nazwie stylu posiadają często słowo "American". Chmiele amerykańskie były tym, co pokazało Polakom, że piwo może smakować inaczej. Że to, co uważaliśmy za solidną chmielową goryczkę, może nie zasługiwać na tę nazwę.
A przecież nie sam chmiel stanowi o piwie. Istnieje wiele odmian, styli piwnych, sporo charakterystycznych właśnie dla USA. Fala "craftu piwnego" przyszła do nas zza oceanu i to z jej powodu Kompania Piwowarska musiała się wysilić, oderwać od swoich dotychczasowych wzorców. Prawdopodobnie to tej "rewolucji" rynek piwny zawdzięcza zaistnienie linii Książęcych i podobnych tworów innych wielkich firm - niewielki krok z punktu widzenia rzemiosła piwowarskiego, ale prawdopodobnie spory wysiłek dla skostniałych koncernów. Tymczasem Znawca Piwny Zdzisław Kantor (tu narzuca mi się luźne skojarzenie ze starymi reklamami Peugeota) macha ręką na amerykańskie piwo, bo cóż tam może być ciekawego?
Idąc tym tokiem myślenia, także na Polsce powinno się postawić piwny krzyżyk, bo przecież nasz rynek zdominowany jest nadal przez jasne, mocne, trącące fuzlem wyroby piwopodobne, które ani nie orzeźwiają, ani nie przedstawiają sobą jakiejś szlachetnej palety smaków.

Nie jest to dla mnie nowa refleksja, wręcz przeciwnie - wraca jak bumerang w każdej dziedzinie, na którą zwrócę uwagę. Ani reputacja autorytetu, ani wieloletnie doświadczenie, ani medialna osobowość nie uczynią z człowieka eksperta, jeśli on sam zamyka się na nową wiedzę i głębsze zrozumienie. Mamy olbrzymi potencjał do rozwoju i równie wielką umiejętność marnowania go, ilekroć poczujemy się zbyt bezpiecznie osadzeni w swoich poglądach.
Chcę wierzyć, że to jest źródłem bzdur, jakie padły z ust pana Kantora. Alternatywa - "powiedział to, za co mu zapłacili, wbrew własnej wiedzy" - jest zbyt smutna.

środa, 10 września 2014

Zmechacony pluszak

Jeśli macie telefon w Plusie i śledzicie ich na Facebooku, to pewnie pamiętacie, jak w poprzedni weekend nastąpiła awaria sieci, a równocześnie na fanpage'u zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Osobiście myślałem, że znudzony synek admina podsiadł tatę na służbowym komputerze i bez świadomości konsekwencji wali mu "karniaczki".

Zrzuty z fp Plusa. Przyznacie, wygląda to co najmniej dziwacznie.
Po podaniu przez rzekomego hakera adresu jego fanpage'a dym przeniósł się tam...

Ciekawe, ile kasy i fejmu obiecano jutuberom za bycie zaatakowanymi.
...po czym nastąpiło rozczarowujące ujawnienie.
Drodzy fani!
Czujemy się w obowiązku wyjaśnić pewną sprawę. Całe weekendowe zamieszanie, którego byliście świadkami nie wynika z ataku hakerskiego. W ten, fantazyjny sposób swoje istnienie oznajmił światu nasz młodszy brat - Plush. 
(...)
Chcemy jednak wyraźnie zaznaczyć, że piątkowa awaria sieci nie była w żaden sposób powiązana z kampanią marketingową nowej marki.
Koparka uszkodziła wówczas światłowód, a nasz dział techniczny zrobił wszystko, by jak najszybciej usunąć awarię. Przepraszamy wszystkich naszych Klientów, których dotknęły jej skutki.

(źródło: facebook.com/plus)
Trzeba przyznać, los sprzyjał Plusowi przy robieniu hałasu wokół nowej marki. Moze wręcz powiedzieć, że mieli więcej szczęścia, niż rozumu. Czemu mówię o rozumie? Cóż... powiedzmy, że wizerunek tej nowej marki jest co najmniej ryzykowny.

Przyjrzyjmy się uważnie. Plus odpala nową "sieć", w której oferuje "rozmowy, SMSy i internet bez limitu". Hm. Brzmi interesująco, ale mój podejrzliwy niedźwiedzi umysł doszukuje się podpuchy. Zwłaszcza, że sieć po prawie tygodniu od ogłoszenia nowej marki nadal nie ujawniła szczegółowej oferty. Mało poważne, a w połączeniu z metodami promocji "młodszego brata" budzi wręcz podejrzenie, że to tylko lep na naiwną dzieciarnię, chcącą się pochwalić, że mają fajną ofertę w fajnej młodzieżowej sieci.
Przesadzam? To zerknijcie na opis strony. Chociaż nie musicie, zacytuję wam:
Byłem słodkim, miękkim misiaczkiem, który czekał na półce w sklepie z zabawkami aż pokocha go jakieś dziecko. Do momentu gdy… zobaczyłem wydatne piersi nowej dziewczyny pracującej w sklepie. Gdy kiedyś, tuż przed zamknięciem, zostaliśmy sam na sam w sklepie zrozumiałem co jest moim powołaniem. Zresztą umówmy się, dzieciaki są okropne.
Teraz moim naturalnym środowiskiem występowania są imprezy oraz wszelkie miejsca gdzie spotykają się młodzi ludzie.
Jestem królem życia i urodzonym hedonistą. Mam mnóstwo przyjaciół – i nie mowa tu o tych z FB. Chociaż w sieci czuję się jak ryba w wodzie. Uwielbiam gry strzelanki i przepadam za pizzą na puszystym cieście.
Podrywam – to moje hobby, palę trawę (ale oczywiście tylko dla celów zdrowotnych) i jak trzeba, używam dosadnego, ale szczerego języka. Bez w owijania w bawełnę – bo bawełna jest passe – teraz Plush rządzi. JA RZĄDZĘ!
Skaczę ze sceny, jeżdżę na longboardzie, potrafię nieźle rymować.
Moją dewizą jest „przyjemność bez konsekwencji”.

Proszę, powiedzcie mi teraz, że wizerunek marki nie jest nastawiony na młodych gniewnych, których idea rozrywki to łamanie obowiązujących zasad, imprezowanie i udowadnianie sobie nawzajem swojej "dorosłości". Przesadzam, naprawdę?

Zrzut z fp Plusha - język marketingu młodzieżowego, wersja soft. Ortografia i kultura języka na poziomie...smutnym. Nie pytajcie, czy mam na myśli admina, czy klientów.
OK, OK. Posługują się językiem trafiającym do młodszego targetu. Mówią "jesteśmy fajni, bo nie uderzamy w drętwą gadkę i nie sięgamy po słownik co drugie zdanie". Dzieciaki to lubią, nie?
Tak, dzieciaki szczególnie lubią, kiedy mówi im się, że nie poniosą żadnych konsekwencji swoich decyzji. Zresztą nie tylko dzieciaki. Każdy lubi słyszeć, że nie ma żadnych zobowiązań. Różnica jest taka, że człowiek dorosły i dojrzały (te dwie cechy niekoniecznie idą zawsze w parze) wie dobrze, że nie istnieją układy bez zobowiązań i decyzje bez konsekwencji. Nie ma nic za darmo. Wiedzą o tym również marketerzy Plusa, przepraszam, Plusha, a jednak okłamują swoich potencjalnych klientów. W sumie się do tego przyzwyczailiśmy, ale stosowanie podobnych chwytów przy produkcie skierowanym do dzieci (bo nie oszukujmy się - to nadal są dzieci) jest wyjątkową podłością.
Efektem ubocznym jest wzmocnienie w sceptykach przekonania, że marketing to sztuka bezczelnego kłamstwa, manipulacji i odkrywania słabych punktów klienta, a to już strzał w stopę całej branży. Tak, wiem, że branża ma stopy zdrętwiałe od ciągłego ostrzału i pewnie nawet nie poczuje kolejnego pocisku tak małego kalibru...
Za to Plush bez żadnej krępacji sięga po lepsze bomby. Media społecznościowe (zwłaszcza te zdominowane przez młodzież) i memy są ze sobą tak nierozerwalnie powiązane, jak cały Internet z pornografią i/lub zdjęciami kotów. Nic więc dziwnego, że na fanpage'u Plusha pojawiają się rozmaite kiepskiej jakości obrazki z "odkrywczymi" tekstami pisanymi Impactem. Rozmyty do granic absurdu Willy Wonka z doklejoną plushową mordą nabija się z dzieciaków, które "mają hajs na doładowania - rodzice muszą być dumni". Advice Plush na kolorowym tle i z pikselowymi okularkami na nosie doradza: "handluj z tym". A Morfeplush...

Chwilę zajęło mi rozkodowanie przekazu i uświadomienie sobie, że chodzi o gadanie do oporu. Mój wewnętrzny "polonista" zwinął się w kłębek w kącie i załkał żałośnie.
(źródło: facebook.com/BEZKONSEKWENCJI)
Młodzieżowy język, nie? Taka zajawka (ktoś jeszcze tego używa, czy już do końca zezgredziałem?). A w komentarzach pod tym obrazkiem admin posługuje się słownictwem może mniej wulgarnym, ale równie bezceremonialnym. Bo wizerunek marki to podstawa, a Plush jaki jest - każdy już chyba widzi.

Chciałem powiedzieć, że za sprawą Plusha marketing sięgnął bruku, ale nie. Tutaj marketing przebił z hukiem bruk i dorył się do kanału. Następnie z wielkim chlupotem wpadł prosto w ścieki, prześliznął się przez nagromadzony muł, wyrżnął w dno i przegryzł się przez nie. Ostatecznie dokopał się do ukrytych w głębi ziemi zapomnianych katakumb, wypełnionych zapomnianymi koszmarami świata marketingu. Na widok jaśnie Plusha koszmary co do jednego dostały zawałów dawno nie bijących serc i umarły ponownie, tym razem na wieczność - bo, żeby zaczerpnąć z memów, "they don't want to live on this planet anymore".

Mała dygresja, tylko pozornie niezwiązana z tematem. Od kilku dni mój sklep nawiedzają dzieciaki ze skłonnością do głupich żartów. Raz przyszli w godzinach szczytu, przyprowadzili kolegę w gumowej końskiej masce, wbili mi do kolejki i zapytali "czy jest coś dla konia" - i nie załapali, gdy kazałem im dać sobie siana, tylko dalej zaczepiali mnie i klientów. Innego dnia wpadli z pytaniem, czy mam zapałki. Nie miałem. "A dropsy?". Przypominam, że pracuję w sklepie z alkoholem, gdzie dzieciarnia nie powinna zaglądać z takim entuzjazmem. Po prostu wydaje im się, że mogą się wygłupiać #bezkonsekwencji. Zwykle uważam, że to wina nieporadnych wychowawczo rodziców, którzy dają przyzwolenie na to, żeby ich dzieci wychowywała ulica, starsi koledzy i internet. Akcja Plusha pokazuje nie tylko to, jak złym wychowawcą jest sieć, ale też udowadnia, że dorośli ludzie potrafią w pełni świadomie psuć młodsze pokolenia. Po co? Dla kasy. A po nas choćby potop.

W takich chwilach chciałbym namierzyć osobę odpowiedzialną za kształtowanie marki, a potem nawiedzić ją z palnikiem i obcęgami. I kopią "Jesieni średniowiecza". Niestety, w mojej bibliotece jej nie mają, więc "twórcy" nacieszą się swoim marketingowym potworkiem #bezkonsekwencji. A ja muszę zadowolić się pomstowaniem na blogu. Być może przeczyta ten wpis ktoś, komu wpadł do głowy równie kretyński pomysł na kampanię. Być może po lekturze walnie się w łeb, żeby wytrząsnąć z niego głupoty - i zamiast tego wymyśli coś, co przemówi do ludzi bez uciekania się do najniższych lotów humoru i chamstwa.

I bez psucia wizerunku miśków. Plush jest takim chamem, że Tyson się w grobie przewraca.
(źródło: Oswald's Bear Ranch)
Za impuls do spłodzenia tego wpisu dziękuję Anouk, która pierwsza z moich znajomych skomentowała kampanię Plusha.

wtorek, 24 czerwca 2014

Autobus czerwony, czyli dlaczego wirale są przereklamowane.

Od wczoraj polskie internety huczą od kontrowersji dookoła wirtualnie zezłomowanego autobusu. Ludzie prześcigają się w opiniach, interpretacjach i dyskusjach. Dobra, skoro wszyscy, to nie będę hipsteryzował i też się wypowiem.


Filmik obejrzałem dzisiaj rano, przed pracą. Dla niezorientowanych: reklama opowiada historię starego, czerwonego busika, pamiętającego najwyraźniej czasy Dzikiego Zachodu (oceniając po sterczącej mu z tyłka strzale), który człapie sobie na linii podmiejskiej z wigorem i gracją godnymi osobnika, który cudem przeżył udar mózgu bez pomocy lekarskiej. Busik jest niemile widziany w społeczeństwie: nowe i piękne autobusy wyganiają go z parkingu, musi spać pod śmietnikiem jak stary żul, starsze dzieciaki bazgrzą po nim, a młodsze mdleją na jego widok. Jego nędzną egzystencję pogarsza wiecznie wisząca nad nim chmura deszczowa i smutna muzyka, która najwyraźniej stanowi tło dźwiękowe jego codziennego cierpienia. Dzisiaj busik ma już dość i z myślami samobójczymi rzuca się na taśmę zgniatarki na złomowisku. Dopiero na taśmie, o kilka sekund od zniszczenia, po raz pierwszy dostrzega piękno istnienia - wieczne chmury rozświetlają się słońcem, a dookoła busika zaczyna krążyć przepiękny motyl. Kiedy wydawałoby się, że jest już za późno, by cofnąć decyzję o samobójstwie, motyl siada na wyłączniku zgniatarki i taśma zatrzymuje się. Busik, który wzbudzał w nas takie współczucie i być może po raz pierwszy od lat dostał szansę na lepsze istnienie, jest uratowany.
A potem radosna pani operatorka wciska przełącznik i busik zostaje zmiażdżony.

Głos zza kadru informuje nas, że nie powinniśmy mieć litości dla niesprawnych autobusów, a ich stan możemy sprawdzić na specjalnej stronie założonej przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo puenta reklamy oszołomiła mnie do tego stopnia, że przestałem zwracać uwagę na to, co działo się dalej.

Reklama natychmiast rozniosła się po Facebooku i innych mediach społecznościowych jak ospa wietrzna wśród wrogów szczepionek. Reakcja tłumu była do przewidzenia: dominowały głosy, że reklama jest zła, okrutna, odrażająca. Że pośrednio gloryfikuje wykluczanie osób starych i niesprawnych ze społeczeństwa, a nawet, że promuje eutanazję (i gorzej). Zwykle gardzę masowymi sentymentami, jednak tym razem nie mogę odmówić im racji. Rozmaite serwisy, grupy wzajemnej adoracji i organizacje pasożytku społecznego od lat narzucają nam wzorce postępowania, według których trzeba litować się nad słabymi, chorymi i odrzuconymi zwierzątkami, często sięgając po antropomorfizację i uderzając w nas poczuciem winy. Patrz, ten piesek ma taki smutny wzrok, bo człowieki go skrzywdziły. Jeśli nie przygarniesz tego kotka, to umrze samotny i nieszczęśliwy, ty potworze. Wpłaćcie kasę na nasze konto, żebyśmy mogli kupić karmę dla znajd - wyobraźcie sobie, że to wasze dzieci przymierają głodem! O ile często brzydzą mnie manipulacje w tym tonie, to w głębi serca rozumiem, że mają na celu poprawę losu stworzeń, których trudna sytuacja bardzo często wynika w ten czy inny sposób z ludzkiego okrucieństwa, głupoty czy nieświadomości.
Mając serca naładowane współczuciem (często źle ukierunkowanym), a głowy napakowane złudzeniami człowieczeństwa "braci mniejszych", dostajemy teraz reklamę, której bohater przypomina te wszystkie zagłodzone pieski, porzucone kotki i niechciane chomiki. Jest udręczony, znienawidzony przez silniejszych od siebie, ma dość swojej egzystencji. Solidaryzujemy się z nim, bo myślimy o swoim przygarniętym zwierzaku, o dręczonym w szkole młodszym bracie, o własnej beznadziei codziennego chodzenia do pracy i użerania się z nieludzkim społeczeństwem. I kiedy na dnie rozpaczy nasz bohater znajduje w sobie choć odrobinę chęci do życia, zostaje brutalnie i radośnie zamordowany. Jesteśmy zrozpaczeni, zszokowani. Czujemy się oszukani, bo mieliśmy nadzieję na jakiś happy end. Ciśnie się na usta pytanie: a czego autor tej reklamy się spodziewał?

Podniosło się też sporo głosów w obronie reklamy. Blogerzy i komentatorzy prześcigają się w błyskotliwych analizach i dekonstrukcjach emocji tłumów. Wyrażają dumę, że zrozumieli przesłanie tej reklamy, czego większość tępej masy najwyraźniej nie jest w stanie zrobić. Albo że przeciętnego Kowalskiego tak zabolała puenta, że nie przyjął już do wiadomości zakończenia reklamy. Albo po prostu wyzłośliwiają się na głupich, sentymentalnych ludzi, którzy śmieją nie zgodzić się z geniuszem autora. Mam złą wiadomość: wasze wysiłki nic nie dadzą. Możecie pławić się w samozadowoleniu, głównie wynikającemu zapewne z tego, że postawiliście się opinii publicznej - ale nie zmienicie faktu, że ta reklama jest po prostu zła.

Nieco bawi mnie fakt, że podnoszony jest tak często argument: "Tak, to ma wami wstrząsnąć! Macie sobie uświadomić, że ten 'stary uroczy busik' jest niebezpiecznym rzęchem!". Problem w tym, że reklama nie przekazuje takiej informacji. Nie widzimy nic (poza absolutnie nierealistycznym omdleniem jednego dziecka), co wskazywałoby na zagrożenie ze strony tego autobusu. Tak, wlecze się niemiłosiernie, jest brudny, pierdzi dymem i ma kreskówkowo połatane opony, co zresztą może wynikać nie z jego wieku, tylko z tego, że właściciel traktował go równie "dobrze", jak wszyscy dookoła. Ba, gdyby był przedstawiony jako przedmiot, zapewne pierwszy powiedziałbym: "Jezu, to coś nie nadaje się na ulice!".
Często padają porównania do popularnej reklamy lampy IKEA - nietrafne, bo przedstawiona w reklamie lampa "uczłowieczana" jest wyłącznie poprzez chwyty psychologiczne, skłaniające odbiorcę do przypisania jej uczuć. Tymczasem w reklamie MSW zaserwowano nam nie przedmiot, a postać. Ofiarę losu i społeczeństwa, traktowaną jak trędowata. Czerwony busik jest osobą. Ma świadomość, osobowość, okazuje emocje. Cholera, podejmuje próbę samobójczą! To nie jest żart, to nie jest zabawne i gdyby bohaterem była postać ludzka, reklama pewnie zostałaby zgłoszona do KER. Na tym etapie pewnie jeszcze da się zdystansować, jednak następujące bezpośrednio po sobie momenty nadziei i śmierci tworzą wystarczający dysonans, żeby wielu ludzi wyprowadzić z równowagi. Niektórych autentycznie doprowadzą do łez. Innych, jak mnie, jedynie wprowadzą w zły humor i skłonią do smutnych przemyśleń. Wystarczająco skutecznie, aby umknęła nam informacja, którą reklama stara się po tym szoku przekazać.

I tu leży busik pogrzebany. Bo widzicie, od pewnego czasu ludzie tak jarają się wiralnością, zasięgiem, szumem wokół reklam, że zapomnieli o ich zasadniczej funkcji. Tą funkcją jest przekazanie informacji i nakłonienie do konkretnego działania. Reklama ma w swojej najczystszej treści mówić "kup", "zrób", "idź". To jej podstawowy przekaz, któremu powinna być podporządkowana forma. Środki wyrazu mają na celu dostarczenie podstawowego przekazu do jak największej liczby ludzi, w możliwie interesujący sposób. W chwili, gdy forma zaczyna dominować nad treścią i spycha ją gdzieś w ciemny kąt, funkcja reklamy zanika. Z tym właśnie mamy do czynienia w przypadku Smutnego Autobusu. Komunikat od MSW pojawia się w tych krótkich sekundach, w których mózg właśnie wszedł w awaryjne hamowanie, więc nie ma czasu wrzucić wstecznego, cofnąć się do stanu racjonalnego i zaabsorbować informacji tak mocno kontrastujących ze stanem emocjonalnym odbiorcy. Ilu z was pamięta - bez sprawdzania w Google ani oglądania ponownie filmu z wyłączonymi emocjami - jaki był adres tej aplikacji do sprawdzania stanu pojazdów? Czy słyszę pytania "jakiej aplikacji"? No właśnie.

Wiralność nie jest kluczem do sukcesu. Jest narzędziem. Nie, jest przyborem. Smarem, który pozwala maszynie reklamy gładko jechać dalej. Smar nie jest dobrym paliwem, a wyciekając z każdej szpary raczej utrudnia pracę operatorowi i wzbudza obrzydzenie. Reklama, której forma i wiralność przyćmiewają cel, jest jak firma kurierska, której kurierzy po dotarciu do adresata śpiewają, stepują i żonglują pochodniami, po czym zwijają się bez przekazania paczki. Jasne, ludzie będą mieli co wspominać, ale na pewno nie powierzą takiemu kurierowi cennej przesyłki. To samo będzie ze Smutnym Autobusem - zostanie zapamiętany jako brutalny, łamiący serca filmik, ale raczej niewielu ludzi zachęci do skorzystania z aplikacji.
(Jakiej aplikacji?)

Nie miejmy litości dla niesprawnych reklam.