Pokazywanie postów oznaczonych etykietą copywriter płakał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą copywriter płakał. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2014

Zmechacony pluszak

Jeśli macie telefon w Plusie i śledzicie ich na Facebooku, to pewnie pamiętacie, jak w poprzedni weekend nastąpiła awaria sieci, a równocześnie na fanpage'u zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Osobiście myślałem, że znudzony synek admina podsiadł tatę na służbowym komputerze i bez świadomości konsekwencji wali mu "karniaczki".

Zrzuty z fp Plusa. Przyznacie, wygląda to co najmniej dziwacznie.
Po podaniu przez rzekomego hakera adresu jego fanpage'a dym przeniósł się tam...

Ciekawe, ile kasy i fejmu obiecano jutuberom za bycie zaatakowanymi.
...po czym nastąpiło rozczarowujące ujawnienie.
Drodzy fani!
Czujemy się w obowiązku wyjaśnić pewną sprawę. Całe weekendowe zamieszanie, którego byliście świadkami nie wynika z ataku hakerskiego. W ten, fantazyjny sposób swoje istnienie oznajmił światu nasz młodszy brat - Plush. 
(...)
Chcemy jednak wyraźnie zaznaczyć, że piątkowa awaria sieci nie była w żaden sposób powiązana z kampanią marketingową nowej marki.
Koparka uszkodziła wówczas światłowód, a nasz dział techniczny zrobił wszystko, by jak najszybciej usunąć awarię. Przepraszamy wszystkich naszych Klientów, których dotknęły jej skutki.

(źródło: facebook.com/plus)
Trzeba przyznać, los sprzyjał Plusowi przy robieniu hałasu wokół nowej marki. Moze wręcz powiedzieć, że mieli więcej szczęścia, niż rozumu. Czemu mówię o rozumie? Cóż... powiedzmy, że wizerunek tej nowej marki jest co najmniej ryzykowny.

Przyjrzyjmy się uważnie. Plus odpala nową "sieć", w której oferuje "rozmowy, SMSy i internet bez limitu". Hm. Brzmi interesująco, ale mój podejrzliwy niedźwiedzi umysł doszukuje się podpuchy. Zwłaszcza, że sieć po prawie tygodniu od ogłoszenia nowej marki nadal nie ujawniła szczegółowej oferty. Mało poważne, a w połączeniu z metodami promocji "młodszego brata" budzi wręcz podejrzenie, że to tylko lep na naiwną dzieciarnię, chcącą się pochwalić, że mają fajną ofertę w fajnej młodzieżowej sieci.
Przesadzam? To zerknijcie na opis strony. Chociaż nie musicie, zacytuję wam:
Byłem słodkim, miękkim misiaczkiem, który czekał na półce w sklepie z zabawkami aż pokocha go jakieś dziecko. Do momentu gdy… zobaczyłem wydatne piersi nowej dziewczyny pracującej w sklepie. Gdy kiedyś, tuż przed zamknięciem, zostaliśmy sam na sam w sklepie zrozumiałem co jest moim powołaniem. Zresztą umówmy się, dzieciaki są okropne.
Teraz moim naturalnym środowiskiem występowania są imprezy oraz wszelkie miejsca gdzie spotykają się młodzi ludzie.
Jestem królem życia i urodzonym hedonistą. Mam mnóstwo przyjaciół – i nie mowa tu o tych z FB. Chociaż w sieci czuję się jak ryba w wodzie. Uwielbiam gry strzelanki i przepadam za pizzą na puszystym cieście.
Podrywam – to moje hobby, palę trawę (ale oczywiście tylko dla celów zdrowotnych) i jak trzeba, używam dosadnego, ale szczerego języka. Bez w owijania w bawełnę – bo bawełna jest passe – teraz Plush rządzi. JA RZĄDZĘ!
Skaczę ze sceny, jeżdżę na longboardzie, potrafię nieźle rymować.
Moją dewizą jest „przyjemność bez konsekwencji”.

Proszę, powiedzcie mi teraz, że wizerunek marki nie jest nastawiony na młodych gniewnych, których idea rozrywki to łamanie obowiązujących zasad, imprezowanie i udowadnianie sobie nawzajem swojej "dorosłości". Przesadzam, naprawdę?

Zrzut z fp Plusha - język marketingu młodzieżowego, wersja soft. Ortografia i kultura języka na poziomie...smutnym. Nie pytajcie, czy mam na myśli admina, czy klientów.
OK, OK. Posługują się językiem trafiającym do młodszego targetu. Mówią "jesteśmy fajni, bo nie uderzamy w drętwą gadkę i nie sięgamy po słownik co drugie zdanie". Dzieciaki to lubią, nie?
Tak, dzieciaki szczególnie lubią, kiedy mówi im się, że nie poniosą żadnych konsekwencji swoich decyzji. Zresztą nie tylko dzieciaki. Każdy lubi słyszeć, że nie ma żadnych zobowiązań. Różnica jest taka, że człowiek dorosły i dojrzały (te dwie cechy niekoniecznie idą zawsze w parze) wie dobrze, że nie istnieją układy bez zobowiązań i decyzje bez konsekwencji. Nie ma nic za darmo. Wiedzą o tym również marketerzy Plusa, przepraszam, Plusha, a jednak okłamują swoich potencjalnych klientów. W sumie się do tego przyzwyczailiśmy, ale stosowanie podobnych chwytów przy produkcie skierowanym do dzieci (bo nie oszukujmy się - to nadal są dzieci) jest wyjątkową podłością.
Efektem ubocznym jest wzmocnienie w sceptykach przekonania, że marketing to sztuka bezczelnego kłamstwa, manipulacji i odkrywania słabych punktów klienta, a to już strzał w stopę całej branży. Tak, wiem, że branża ma stopy zdrętwiałe od ciągłego ostrzału i pewnie nawet nie poczuje kolejnego pocisku tak małego kalibru...
Za to Plush bez żadnej krępacji sięga po lepsze bomby. Media społecznościowe (zwłaszcza te zdominowane przez młodzież) i memy są ze sobą tak nierozerwalnie powiązane, jak cały Internet z pornografią i/lub zdjęciami kotów. Nic więc dziwnego, że na fanpage'u Plusha pojawiają się rozmaite kiepskiej jakości obrazki z "odkrywczymi" tekstami pisanymi Impactem. Rozmyty do granic absurdu Willy Wonka z doklejoną plushową mordą nabija się z dzieciaków, które "mają hajs na doładowania - rodzice muszą być dumni". Advice Plush na kolorowym tle i z pikselowymi okularkami na nosie doradza: "handluj z tym". A Morfeplush...

Chwilę zajęło mi rozkodowanie przekazu i uświadomienie sobie, że chodzi o gadanie do oporu. Mój wewnętrzny "polonista" zwinął się w kłębek w kącie i załkał żałośnie.
(źródło: facebook.com/BEZKONSEKWENCJI)
Młodzieżowy język, nie? Taka zajawka (ktoś jeszcze tego używa, czy już do końca zezgredziałem?). A w komentarzach pod tym obrazkiem admin posługuje się słownictwem może mniej wulgarnym, ale równie bezceremonialnym. Bo wizerunek marki to podstawa, a Plush jaki jest - każdy już chyba widzi.

Chciałem powiedzieć, że za sprawą Plusha marketing sięgnął bruku, ale nie. Tutaj marketing przebił z hukiem bruk i dorył się do kanału. Następnie z wielkim chlupotem wpadł prosto w ścieki, prześliznął się przez nagromadzony muł, wyrżnął w dno i przegryzł się przez nie. Ostatecznie dokopał się do ukrytych w głębi ziemi zapomnianych katakumb, wypełnionych zapomnianymi koszmarami świata marketingu. Na widok jaśnie Plusha koszmary co do jednego dostały zawałów dawno nie bijących serc i umarły ponownie, tym razem na wieczność - bo, żeby zaczerpnąć z memów, "they don't want to live on this planet anymore".

Mała dygresja, tylko pozornie niezwiązana z tematem. Od kilku dni mój sklep nawiedzają dzieciaki ze skłonnością do głupich żartów. Raz przyszli w godzinach szczytu, przyprowadzili kolegę w gumowej końskiej masce, wbili mi do kolejki i zapytali "czy jest coś dla konia" - i nie załapali, gdy kazałem im dać sobie siana, tylko dalej zaczepiali mnie i klientów. Innego dnia wpadli z pytaniem, czy mam zapałki. Nie miałem. "A dropsy?". Przypominam, że pracuję w sklepie z alkoholem, gdzie dzieciarnia nie powinna zaglądać z takim entuzjazmem. Po prostu wydaje im się, że mogą się wygłupiać #bezkonsekwencji. Zwykle uważam, że to wina nieporadnych wychowawczo rodziców, którzy dają przyzwolenie na to, żeby ich dzieci wychowywała ulica, starsi koledzy i internet. Akcja Plusha pokazuje nie tylko to, jak złym wychowawcą jest sieć, ale też udowadnia, że dorośli ludzie potrafią w pełni świadomie psuć młodsze pokolenia. Po co? Dla kasy. A po nas choćby potop.

W takich chwilach chciałbym namierzyć osobę odpowiedzialną za kształtowanie marki, a potem nawiedzić ją z palnikiem i obcęgami. I kopią "Jesieni średniowiecza". Niestety, w mojej bibliotece jej nie mają, więc "twórcy" nacieszą się swoim marketingowym potworkiem #bezkonsekwencji. A ja muszę zadowolić się pomstowaniem na blogu. Być może przeczyta ten wpis ktoś, komu wpadł do głowy równie kretyński pomysł na kampanię. Być może po lekturze walnie się w łeb, żeby wytrząsnąć z niego głupoty - i zamiast tego wymyśli coś, co przemówi do ludzi bez uciekania się do najniższych lotów humoru i chamstwa.

I bez psucia wizerunku miśków. Plush jest takim chamem, że Tyson się w grobie przewraca.
(źródło: Oswald's Bear Ranch)
Za impuls do spłodzenia tego wpisu dziękuję Anouk, która pierwsza z moich znajomych skomentowała kampanię Plusha.

wtorek, 24 czerwca 2014

Autobus czerwony, czyli dlaczego wirale są przereklamowane.

Od wczoraj polskie internety huczą od kontrowersji dookoła wirtualnie zezłomowanego autobusu. Ludzie prześcigają się w opiniach, interpretacjach i dyskusjach. Dobra, skoro wszyscy, to nie będę hipsteryzował i też się wypowiem.


Filmik obejrzałem dzisiaj rano, przed pracą. Dla niezorientowanych: reklama opowiada historię starego, czerwonego busika, pamiętającego najwyraźniej czasy Dzikiego Zachodu (oceniając po sterczącej mu z tyłka strzale), który człapie sobie na linii podmiejskiej z wigorem i gracją godnymi osobnika, który cudem przeżył udar mózgu bez pomocy lekarskiej. Busik jest niemile widziany w społeczeństwie: nowe i piękne autobusy wyganiają go z parkingu, musi spać pod śmietnikiem jak stary żul, starsze dzieciaki bazgrzą po nim, a młodsze mdleją na jego widok. Jego nędzną egzystencję pogarsza wiecznie wisząca nad nim chmura deszczowa i smutna muzyka, która najwyraźniej stanowi tło dźwiękowe jego codziennego cierpienia. Dzisiaj busik ma już dość i z myślami samobójczymi rzuca się na taśmę zgniatarki na złomowisku. Dopiero na taśmie, o kilka sekund od zniszczenia, po raz pierwszy dostrzega piękno istnienia - wieczne chmury rozświetlają się słońcem, a dookoła busika zaczyna krążyć przepiękny motyl. Kiedy wydawałoby się, że jest już za późno, by cofnąć decyzję o samobójstwie, motyl siada na wyłączniku zgniatarki i taśma zatrzymuje się. Busik, który wzbudzał w nas takie współczucie i być może po raz pierwszy od lat dostał szansę na lepsze istnienie, jest uratowany.
A potem radosna pani operatorka wciska przełącznik i busik zostaje zmiażdżony.

Głos zza kadru informuje nas, że nie powinniśmy mieć litości dla niesprawnych autobusów, a ich stan możemy sprawdzić na specjalnej stronie założonej przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo puenta reklamy oszołomiła mnie do tego stopnia, że przestałem zwracać uwagę na to, co działo się dalej.

Reklama natychmiast rozniosła się po Facebooku i innych mediach społecznościowych jak ospa wietrzna wśród wrogów szczepionek. Reakcja tłumu była do przewidzenia: dominowały głosy, że reklama jest zła, okrutna, odrażająca. Że pośrednio gloryfikuje wykluczanie osób starych i niesprawnych ze społeczeństwa, a nawet, że promuje eutanazję (i gorzej). Zwykle gardzę masowymi sentymentami, jednak tym razem nie mogę odmówić im racji. Rozmaite serwisy, grupy wzajemnej adoracji i organizacje pasożytku społecznego od lat narzucają nam wzorce postępowania, według których trzeba litować się nad słabymi, chorymi i odrzuconymi zwierzątkami, często sięgając po antropomorfizację i uderzając w nas poczuciem winy. Patrz, ten piesek ma taki smutny wzrok, bo człowieki go skrzywdziły. Jeśli nie przygarniesz tego kotka, to umrze samotny i nieszczęśliwy, ty potworze. Wpłaćcie kasę na nasze konto, żebyśmy mogli kupić karmę dla znajd - wyobraźcie sobie, że to wasze dzieci przymierają głodem! O ile często brzydzą mnie manipulacje w tym tonie, to w głębi serca rozumiem, że mają na celu poprawę losu stworzeń, których trudna sytuacja bardzo często wynika w ten czy inny sposób z ludzkiego okrucieństwa, głupoty czy nieświadomości.
Mając serca naładowane współczuciem (często źle ukierunkowanym), a głowy napakowane złudzeniami człowieczeństwa "braci mniejszych", dostajemy teraz reklamę, której bohater przypomina te wszystkie zagłodzone pieski, porzucone kotki i niechciane chomiki. Jest udręczony, znienawidzony przez silniejszych od siebie, ma dość swojej egzystencji. Solidaryzujemy się z nim, bo myślimy o swoim przygarniętym zwierzaku, o dręczonym w szkole młodszym bracie, o własnej beznadziei codziennego chodzenia do pracy i użerania się z nieludzkim społeczeństwem. I kiedy na dnie rozpaczy nasz bohater znajduje w sobie choć odrobinę chęci do życia, zostaje brutalnie i radośnie zamordowany. Jesteśmy zrozpaczeni, zszokowani. Czujemy się oszukani, bo mieliśmy nadzieję na jakiś happy end. Ciśnie się na usta pytanie: a czego autor tej reklamy się spodziewał?

Podniosło się też sporo głosów w obronie reklamy. Blogerzy i komentatorzy prześcigają się w błyskotliwych analizach i dekonstrukcjach emocji tłumów. Wyrażają dumę, że zrozumieli przesłanie tej reklamy, czego większość tępej masy najwyraźniej nie jest w stanie zrobić. Albo że przeciętnego Kowalskiego tak zabolała puenta, że nie przyjął już do wiadomości zakończenia reklamy. Albo po prostu wyzłośliwiają się na głupich, sentymentalnych ludzi, którzy śmieją nie zgodzić się z geniuszem autora. Mam złą wiadomość: wasze wysiłki nic nie dadzą. Możecie pławić się w samozadowoleniu, głównie wynikającemu zapewne z tego, że postawiliście się opinii publicznej - ale nie zmienicie faktu, że ta reklama jest po prostu zła.

Nieco bawi mnie fakt, że podnoszony jest tak często argument: "Tak, to ma wami wstrząsnąć! Macie sobie uświadomić, że ten 'stary uroczy busik' jest niebezpiecznym rzęchem!". Problem w tym, że reklama nie przekazuje takiej informacji. Nie widzimy nic (poza absolutnie nierealistycznym omdleniem jednego dziecka), co wskazywałoby na zagrożenie ze strony tego autobusu. Tak, wlecze się niemiłosiernie, jest brudny, pierdzi dymem i ma kreskówkowo połatane opony, co zresztą może wynikać nie z jego wieku, tylko z tego, że właściciel traktował go równie "dobrze", jak wszyscy dookoła. Ba, gdyby był przedstawiony jako przedmiot, zapewne pierwszy powiedziałbym: "Jezu, to coś nie nadaje się na ulice!".
Często padają porównania do popularnej reklamy lampy IKEA - nietrafne, bo przedstawiona w reklamie lampa "uczłowieczana" jest wyłącznie poprzez chwyty psychologiczne, skłaniające odbiorcę do przypisania jej uczuć. Tymczasem w reklamie MSW zaserwowano nam nie przedmiot, a postać. Ofiarę losu i społeczeństwa, traktowaną jak trędowata. Czerwony busik jest osobą. Ma świadomość, osobowość, okazuje emocje. Cholera, podejmuje próbę samobójczą! To nie jest żart, to nie jest zabawne i gdyby bohaterem była postać ludzka, reklama pewnie zostałaby zgłoszona do KER. Na tym etapie pewnie jeszcze da się zdystansować, jednak następujące bezpośrednio po sobie momenty nadziei i śmierci tworzą wystarczający dysonans, żeby wielu ludzi wyprowadzić z równowagi. Niektórych autentycznie doprowadzą do łez. Innych, jak mnie, jedynie wprowadzą w zły humor i skłonią do smutnych przemyśleń. Wystarczająco skutecznie, aby umknęła nam informacja, którą reklama stara się po tym szoku przekazać.

I tu leży busik pogrzebany. Bo widzicie, od pewnego czasu ludzie tak jarają się wiralnością, zasięgiem, szumem wokół reklam, że zapomnieli o ich zasadniczej funkcji. Tą funkcją jest przekazanie informacji i nakłonienie do konkretnego działania. Reklama ma w swojej najczystszej treści mówić "kup", "zrób", "idź". To jej podstawowy przekaz, któremu powinna być podporządkowana forma. Środki wyrazu mają na celu dostarczenie podstawowego przekazu do jak największej liczby ludzi, w możliwie interesujący sposób. W chwili, gdy forma zaczyna dominować nad treścią i spycha ją gdzieś w ciemny kąt, funkcja reklamy zanika. Z tym właśnie mamy do czynienia w przypadku Smutnego Autobusu. Komunikat od MSW pojawia się w tych krótkich sekundach, w których mózg właśnie wszedł w awaryjne hamowanie, więc nie ma czasu wrzucić wstecznego, cofnąć się do stanu racjonalnego i zaabsorbować informacji tak mocno kontrastujących ze stanem emocjonalnym odbiorcy. Ilu z was pamięta - bez sprawdzania w Google ani oglądania ponownie filmu z wyłączonymi emocjami - jaki był adres tej aplikacji do sprawdzania stanu pojazdów? Czy słyszę pytania "jakiej aplikacji"? No właśnie.

Wiralność nie jest kluczem do sukcesu. Jest narzędziem. Nie, jest przyborem. Smarem, który pozwala maszynie reklamy gładko jechać dalej. Smar nie jest dobrym paliwem, a wyciekając z każdej szpary raczej utrudnia pracę operatorowi i wzbudza obrzydzenie. Reklama, której forma i wiralność przyćmiewają cel, jest jak firma kurierska, której kurierzy po dotarciu do adresata śpiewają, stepują i żonglują pochodniami, po czym zwijają się bez przekazania paczki. Jasne, ludzie będą mieli co wspominać, ale na pewno nie powierzą takiemu kurierowi cennej przesyłki. To samo będzie ze Smutnym Autobusem - zostanie zapamiętany jako brutalny, łamiący serca filmik, ale raczej niewielu ludzi zachęci do skorzystania z aplikacji.
(Jakiej aplikacji?)

Nie miejmy litości dla niesprawnych reklam.

czwartek, 5 czerwca 2014

Burger Mama, czyli jak zmarnować pięć dych.

Na koniec dzisiejszego łażenia po Galerii Renova trochę zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy zrobić przegląd knajpek w galerii. Susharnia - kusi (uwielbiam sushi), ale ceny budziły naszą niepewność. Cukiernia - lody wyglądały niespecjalnie, a ciastka raczej nie były świeże o takiej porze. Kawiarnia - byliśmy tam poprzednio i bardzo się zawiedliśmy. Bar z "domową kuchnią" świecił pustkami, a na wyłączonej kuchence stał garnek z niezbyt zachęcającą zawartością. Pomimo lekkich obaw skierowaliśmy się więc do burger baru, który Ania odwiedziła już wcześniej (bez zachwytów), a który szczyci się bardzo ambitną nazwą "Burger Mama".
Jeśli jeszcze nie załapaliście dowcipu, powtórzcie tę nazwę kilkanaście razy, możliwie szybko, aż się przejęzyczycie. Tak, to ten poziom.

Stojący za kasą przemiły młody człowiek z bujną brodą praktycznie od pierwszej sekundy przejął kontrolę nad rozmową. Zastanawiamy się nad zamówieniem - poleca supernowego, bardzo fajnego i oryginalnego burgera z kozim serem. Hm, może lepiej zapoznam się najpierw ze standardowymi burgerami? Jasne, ale on naprawdę poleca, oprócz sera jest też roszponka. Hm, podoba mi się ten Blue Cheese Burger. Ale w tym z kozim serem jest też karmelizowana cebulka. Ania zamawia Blue Cheese, ja rozważam inne opcje (kusi mnie klasyczny Cheeseburger z boczkiem), patrzę na listę możliwych sosów. Naprawdę jako drugi poleca ten nowy z kozim serem i... macham ręką, nie pogadasz z takim. Bierzemy Single Blue Cheese i Single z kozim serem (nie wypisany na liście dań, przemiły sprzedawca nie podał ceny), sosów nie wybieramy, nie, nie chcemy frytek, do tego zamawiamy dwie lemoniady. Już mam obawy. Płacę 52 złote, byle szybciej, nie chcąc dłużej stać przy kasie.

Siadamy przy stoliku i zerkam na paragon - świetnie, koziburger kosztuje 21 złotych - o 2 złote drożej od Blue Cheese. Agresywna sprzedaż zadziałała. Lemoniady kosztują po sześć złotych, oby były dobre. Niestety, w tym momencie kelnerka przynosi napoje i naszym oczom ukazują się kubeczki mniej więcej 250 ml, zawierające mętny napój z ćwiartką cytryny i bez lodu. Pierwsze siorbnięcie przez słomkę i pysk wykrzywia mi się niemiłosiernie - owszem, kwaskowość odpowiednia, ale cytryny w tym nie czuję za dużo, za to wyłażą jakieś ziołowe posmaki nasuwające mi skojarzenia z koperkiem i natką pietruszki. W dodatku płyn jest w temperaturze pokojowej, prawdopodobnie nalany przed chwilą z dzbanka, który widziałem przy kasie. Sześć złotych za coś, czego nie jestem w stanie wypić. Niezły początek.

Po kilku minutach docierają burgery. Podawane są w czymś, co przypomina małe blaszki do pieczenia wyłożone papierem. Krytyczny rzut oka - burgery są dwa razy mniejsze, niż to, co zwykle jadam w Barnie. Z mojego głównie wysypuje się roszponka i wycieka jakiś ciemny, rzadki sos. Po pierwszym gryzie uświadamiam sobie, że to soczek z karmelizowanej cebulki zmieszany z BBQ - mniej więcej w momencie, gdy zalewa mi całą brodę. Lubię dużo sosu, pod warunkiem, że coś pod tym sosem się znajduje. Tutaj jednak kotlecik jest mizerny (rzekomo 150 g, czyli tylko o 1/4 mniejszy, niż w solidnych burgerowniach), głównym składnikiem jest roszponka, do tego łycha cebulki, ze dwa kawałki boczku (akurat niezły) i plasterek (bo nie plaster) sera. Całość nie smakuje fatalnie - słodko-słono - ale w burgerze chodzi jednak o ten soczysty kawał mięcha, który tutaj jakoś mi umknął. Próbuję, czy lemoniada będzie mi jakoś wchodzić pod taką kanapkę, ale niestety - zamiast tego do końca psuje smak. Cholera, co to za zielsko w niej czuję? Ostatecznie zostawiam niemal nietknięty kubek lemoniady (Ania swoją zmęczyła), więc jesteśmy "tylko" o sześć złotych do tyłu.

Po posiłku zostaje niesmak w ustach i w sercu, brudne łapy i twarze (tego typu lokale naprawdę powinny mieć własną łazienkę!), uczucie pustki zarówno w portfelu, jak i w żołądku. Epilog tragedii rozgrywa się przy drzwiach galeryjnej łazienki, gdzie po dokładnym wypraniu się spotykam znów przemiłego młodego człowieka z brodą. Pada pytanie, czy nam smakowało. Odpowiadam, że jestem rozczarowany i pytam, jakim zielskiem smakowała ta lemoniada. Nie wiem, czy bardziej mnie zaskoczyła jego odpowiedź ("Może to ta mięta, proszę pana"), czy jego moja riposta ("Nie przypominam sobie, żeby mięta smakowała jak koperek"). Chłopak niepewnie zaprasza nas ponownie i znika w łazience. Kurtyna.

Podsumowując posiłek doszliśmy z Anią do wniosku, że trzeba było zostać przy pierwotnym pomyśle i pójść do susharni. Za 60 złotych dostalibyśmy kilkanaście maki i kilka nigiri, ewentualnie mniejszy zestaw i imbryk herbaty. Równie (albo i bardziej) sycące, nieco zdrowsze, dające przynajmniej złudzenie, że było warto. Bo chyba Yakuza Sushi nie rozczarowałoby nas tak, jak Burger Mama?...