Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezwstydna autopromocja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezwstydna autopromocja. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2015

Deklaracja wojny

Po raz kolejny zawaliłem kwestię blogowania i ponownie miałem poważne problemy z przekonaniem samego siebie, że warto nadal próbować. W końcu minął dopiero jeden rok z dekady, którą miałem dokumentować!
Minęły moje urodziny - świetna okazja na rozliczeniówkę z mijającym rokiem i planowanie kolejnego.
Gdzieś po drodze przepełzł SIAD - dzień, kiedy powinienem mówić głośno o temacie, którego wielu ludzi nie chce widzieć ani rozumieć.
Tyle rzeczy się dzieje, ale nic nie poruszyło mnie na tyle, aby zbudzić mnie z letargu...

Jestem dziwnym stworzeniem. Z jednej strony mam olbrzymią ilość rozmaitych zainteresowań i predyspozycji, z drugiej - wiecznie walczę z poczuciem nieuchronnej klęski. Mój ojciec często nazywa mnie "niedokończoną symfonią". Wiele rzeczy robiłem, wiele mnie fascynowało, ale próby osiągnięcia czegoś konkretnego kończyły się zwykle po pierwszych sukcesach.
Mijają lata. Z każdym rokiem coraz więcej jest tematów, których spróbowałem - rośnie więc także lista tych, których spróbowałbym ponownie, gdybym miał czas, pieniądze, siły. Ostatnio uświadomiłem sobie, że czasu nie wyczaruję, siły z wiekiem maleją, a pieniądze nie pojawią się, jeśli nie będę się rozwijał. Dlatego postanowiłem narzucić sobie nieco inny rytm, a co za tym idzie, "rozszczepić" tego bloga.

Założyłem jakiś czas temu Jaskinię Piwnego Miśka - bloga, w którym odtąd pojawiać się będą tematy dotąd zaszeregowane pod etykietką "piwny misiek". Z kolei wszelkie tematy związane z moją szeroko pojętą fizyczną twórczością - rękodziełem, kuchnią itp. - przenoszę na świeżo założoną Gawrę Tarchomińską. Tutaj pozostaną moje przemyślenia, wariackie olśnienia, opinie o rzeczach bieżących i wszystko to, co nie zmieści się na pozostałych blogach. Narzucam sobie również reżim minimum trzech notek tygodniowo - po jednej na każdym blogu.

Aby wspomóc się w lepszej organizacji życia, wróciłem do zarzuconego dobre kilka miesięcy temu HabitRPG, dzięki któremu mam nadzieję ustawić sobie względnie sensowny rytm tygodnia, niezależnie od chaosu, jaki do mojego życia wnosi nieregularny grafik w pracy. Wyznaczyłem sobie wiele nowych celów i zdaję sobie sprawę z tego, że osiągnięcie ich wszystkich będzie karkołomnym wyzwaniem, ale jak mówią w Ameryce: go big or go home.

Z każdym dniem przekonuję się, że pozostawanie w miejscu rzeczywiście jest cofaniem się, natomiast każdy krok do przodu dodaje mi rozpędu do dalszego marszu. Wiosna jest coraz bliżej, więc możliwe, że po prostu powoli wypełzam z mojego zimowego, depresyjnego stanu ducha, ale jeśli przez cały rok nadam sobie solidne tempo, to następna jesień i zima nie będą w stanie wyhamować impetu. Mój cel na ten rok: nie utknąć. Rozwijać się. A jeśli cokolwiek będzie mnie ograniczać, to albo to zmienić, albo usunąć ze swojego życia.

Chcę przestać patrzeć z zazdrością na genialnych i twórczych ludzi, a zamiast tego czerpać z ich przykładu energię i inspirację. Nie, chcę więcej: sam dojść do momentu, gdy będę tę energię i inspirację dawał innym. Idę na wojnę z życiową inercją. Ambitny plan? Jak cholera. Ale wykonalny.

sobota, 15 listopada 2014

Szkice pazurem: Bezsilność

Bezsilność. Jest moim najgorszym lękiem, kiedy jej nie odczuwam - czająca się gdzieś tuż za granicą świadomości, nierzeczywista, ale jednak oddziałująca na mnie przez swoją nieobecność. Jest kompletnym koszmarem, kiedy przyjdzie - nagle prawdziwa, nieunikniona, samopotęgująca w swojej obezwładniającej naturze.
To nie jest ta zwykła, ludzka "bezsilność", której można stawić czoła; ta, która naciskając na ludzi równocześnie podsyca ich bezradny opór. Taka "bezsilność" jest śmieszna, bo robiąc z człowieka desperata, prowokuje go do przełamania jej.
Prawdziwa Bezsilność jest czymś gorszym. To nie odpływ sił czy kruchość niezahartowanej woli. Wobec tej Bezsilności uświadamiam sobie, że nie mogę zrobić absolutnie nic, aby ją przełamać lub przynajmniej złagodzić jej następstwa. Czasem to bezsilność kosmiczna - nie tylko ja, ale nikt na świecie nie byłby w stanie nic poradzić. Tę jestem w stanie przeżyć, niczym nocny koszmar, z którego budzę się i przez resztę dnia odzyskuję spokój. Kiedy indziej to Bezsilność cicha, wewnętrzna, i ta jest najgorsza: kiedy wiem, że wyrasta ze mnie, z moich własnych słabości i braków. Jej współistnienie ze mną jest wyrokiem: jak długo istnieję ja, tak długo ona będzie przychodzić, odbierać mi wszystko, na czym mi zależy, po czym odchodzić z niewypowiedzianą - nie wymagającą wypowiedzenia - obietnicą powrotu.
A ja, związany z nią losem i naturą, będę czekał. Pełen zabobonnego lęku, kiedy ten cień zza granic świadomości znów przejdzie na moją stronę rzeczywistości. Pełen naiwnej nadziei, że następnym razem...

=+=

Kiedyś czerpałem wielką kreatywną radość z brania pod pióro (lub na klawiaturę) jakiejś koncepcji, stanu emocjonalnego lub luźnego zlepku myśli. Potrafiłem zapisać całe strony psychobełkotem (przepraszam, "strumieniem świadomości"), prozą eksperymentalną, dziwacznymi wierszami. Pewnie gdzieś jeszcze krąży po internecie mój schizowaty tekst o snach i psach. Potem moja dzika twórczość ograniczyła się do nieprzytomnego bazgrolenia dziwnych wzorków z dna podświadomości ("joga umysłu", jak to z Anią nazywamy), a ostatnio przymarła całkowicie. Jestem właśnie w trakcie pisania notki na ten temat, będącej zresztą wyrazem stanu emocjonalnego, którego naturę opisałem powyżej.
Na ile powyższy opis jest prawdziwy? Na pewno czytaliście różne książki "oparte na prawdziwych wydarzeniach". Wiecie, że są wśród nich dopracowane i wierne dokumenty, ale i luźne adaptacje, których realni bohaterowie krzywią się i oburzają w czasie lektury. Mój opis jest oparty na prawdziwych emocjach. Sami zdecydujcie, jak bardzo przekłada się na rzeczywisty stan mojego ducha i umysłu. Dla mnie była to przede wszystkim okazja, aby znów rozprostować odrobinę łapy (bo przecież nie skrzydła - skrzydlaty Niedźwiedź, absurdalny pomysł!) i wybrać się na grafomańską przechadzkę po kreatywnej części mojego mózgu. Strasznie tu wszystko zakurzone, zapuszczone, chwasty jakieś rosną... Ekhm. Zainspirował mnie konkurs na Facebooku, organizowany przez stronę "Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki" - konkurs niezbyt "literacki", ale co tam. Spiritus flat, ubi vult, czy jakoś tak.
Jeśli będę miał jeszcze jakieś napady grafomanii czy innej dzikiej i żenującej kreatywności, znajdziecie je tutaj pod etykietką "Szkice pazurem" - bo jak się błaźnić, to publicznie i z klasą.

Rekomendacja muzyczna na dziś: Guilt Machine, On this perfect day. Ten album towarzyszył mi w trakcie pisania i prawdopodobnie udzielił mi się jego nastrój. Próbka poniżej.


wtorek, 11 listopada 2014

Farsz Niepodległości 2014

11 listopada. Tradycyjnie już w ten dzień nie wybieram się na miasto, wiedząc dobrze, że rozgrywające się w Centrum zadymy popsują mi humor. Zwykle siedzę po prostu w domu, jak w zwykły wolny dzień, co najwyżej wywieszając na balkonie flagę.

W tym roku jednak postanowiłem zrobić coś pozytywnego. Coś dla zabawy. Paweł z bloga Chleby.info nakręcił (chyba nie pierwszy raz) świetną inicjatywę pod tytułem "Farsz Niepodległości". Idea jest prosta: zamiast tłoczyć się w pochodach itp., siedzimy w kuchni. Zamiast odpalać race, zapalamy kuchenki. Zamiast maszerować... faszerujemy. I przypominamy sobie, że słowo "uczta" pochodzi od "uczcić". Przynajmniej tak tę ideę zrozumiałem ja, a sądzę, że inni uczestnicy raczej nie będą mieli do tej interpretacji zastrzeżeń.

Nienawidzę sprzątać i zmywać po kuchennych eksperymentach. Muszę mieć czas i siły, żeby wejść do kuchni w celu gotowania, a nie szybkiego przegryzienia byle czego. Nie zmienia to faktu, że bardzo lubię gotować, szczególnie w towarzystwie, a dzisiejsze święto dało mi rzadką szansę bycia w domu i nie przejmowania się absolutnie pracą. Jak mógłbym nie skorzystać?

Zasadą Farszu Niepodległości jest to, że przygotowywane danie ma być faszerowane. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o akcji, przed oczami stanęła mi pieczona, nadziewana gęś świętomarcińska... a potem szybko skonfrontowałem marzenia z rzeczywistością (oraz Anią) i ustaliliśmy, że będą pierogi albo gołąbki. Z racji kiepskiego wyposażenia kuchni - oraz niskoglutenowej diety Ani - wybraliśmy tę drugą opcję.
Przepisu nie podam, ponieważ głównie improwizowaliśmy, z niewielką pomocą książki Współczesna kuchnia polska Henryka Dębskiego (Wydanie II, Wydawnictwo Interpress, 1985). Farsz zrobiliśmy z gotowanego ryżu i mielonego mięsa wieprzowo-wołowego, doprawionego natką pietruszki, koperkiem, solą i czarnym pieprzem. Sos - z bulionu wołowego z kostki oraz przecieru pomidorowego (nie koncentratu).

Prawilne polskie gołąbki - białe w czerwonym sosie!
Gołąbki po nowodworsku, podejście pierwsze.

Były to nasze pierwsze, ale na pewno nie ostatnie gołąbki. Pół główki kapusty zostało na jutro - będę tylko musiał dorobić farszu. I tym razem przyhamować z natką pietruszki, bo trochę przeholowaliśmy.

W ramach bonusu - linki do innych uczestników-blogerów, żebyście mogli zobaczyć te wszystkie niesamowite pyszności, które powstały w ramach akcji:
Oprócz tego na stronie akcji znajdziecie dania uczestników, którzy nie prowadzą blogów. A jeśli chcecie wziąć udział, to jeszcze nie jest za późno. Odhaczcie się na wydarzeniu na FB i do kuchni marsz robić farsz!

wtorek, 10 czerwca 2014

Piekielny upał i burgerowo-piwny raj.


Moja lepsza połówka zadzwoniła wczoraj z pracy i zapytała, czy mam ochotę na wizytę w Barnie, skoro oboje mamy wolne popołudnie. Odwiedzamy ten lokal rzadko, ale regularnie - ich żarcie jest niesamowite, ich wybór piw wyśmienity, ich podejście do klienta - przyjazne i ogarnięte. Ostatnio zasugerowałem ściągnięcie Rowing Jacka i nie wiem, na ile była to moja sprężyna, ale wczoraj w lodówce zobaczyłem znajome jasnozielone etykietki z piratem. Oczywiście możliwe, że mam skrzywioną perspektywę - odkąd wziąłem w zeszłym roku udział w I Mistrzostwach w Pochłanianiu Burgerów (i zająłem czwarte miejsce), jestem tam traktowany jak gość honorowy. Tak czy inaczej, staramy się pojawiać co najmniej raz w miesiącu - nie mogę odpuścić sobie spróbowania zmieniających się regularnie burgerów sezonowych. W kwietniu nagrałem nawet degustację piwno-burgerową:


Tym razem wziąłem ze sobą aparat, ale jakoś nie udokumentowałem burgerów - głównie dlatego, że dobraliśmy się do nich tak szybko, jak tylko się dało, a nadgryzione nie prezentowały się już tak epicko. Zwykle oba burgery sezonowe łączy jakiś wspólny wątek, tym razem jednak go nie namierzyłem. The Last Tomato (wybrany przez Anię) kusi łagodną kompozycją: wołowiną, aioli ziołowym, maasdamerem, kindziukiem, białą cebulką i pomidorem malinowym. Idealny obiad na gorący dzień, kiedy żar w pysku nie jest za dobrym pomysłem; wziąłem tylko jednego gryza, ale całym sercem jestem za tym, żeby Ostatni Pomidorek dołączył do stałego menu, tuż obok Gender Burgera, przynajmniej na tak długo, jak długo dostępne są pomidory malinowe. 
Mnie z kolei przypadł Wam Dam, pozycja dla hardkorów: do standardowego wołowego kotleta z serem dołącza soterowany bok choy i grillowany ananas, a także sambal (konkretnie chyba sambal oelek) i kiełki fasoli mung. I tutaj niestety poległem. Bok choy i ananas były pomysłem genialnym, ale od kilku lat obniżyła mi się odporność na ostre przyprawy i dodatki takie jak sambal czy jalapeño po prostu zaciskają mi gardło i żołądek. Można powiedzieć, że porwałem się z motyką na słońce. Na kwaśno-ostry sambal nałożyły się w dodatku kiełki, które na świeżo (a jeszcze lepiej - podsmażane!) uwielbiam, ale w wersji konserwowej po prostu mi nie leżą. W rezultacie z górnej bułki, do której przylepione były oba te składniki, zjadłem może ze dwa gryzy. Reszta burgera była świetna, chociaż nie dałem rady wepchnąć go całego...
Żeby nie było: cała kompozycja jest świetna i komu innemu smakowałaby na pewno o wiele lepiej - po prostu w moim przypadku nałożyły się dwa składniki, które oddzielnie miałyby pewnie mniejszy wpływ na całokształt.
Swoją drogą, przed chwilą dowiedziałem się, że na te sezonowce załapaliśmy się w ostatniej chwili - Barn ogłosił już gwiazdy sezonu czerwiec/lipiec. Zapowiadają się jak zawsze niesamowicie, zwłaszcza Griswold (cambozola i kurki... zaklepuję!).
Wspomniałem o piwie. Barn Burger od samego początku budził moją sympatię dużym, rozwijającym się asortymentem fajnych napojów, a odkąd zacząłem się bardziej "zawodowo" interesować piwem, każdą wizytę celebruję butelką innej perełki browarnictwa. Tym razem postawiłem na Angielskie Śniadanie Pinty, piwo gorzkawe, o przyjemnym i łagodnym aromacie, dobre właśnie pod wszelkiego rodzaju smażone i pieczone dania. Pewnie na tym by się skończyło, ale po jedzeniu dostrzegłem w lodówce coś, czego po prostu nie mogłem sobie odpuścić - Crazy Mike Double IPA, jedna z najnowszych produkcji AleBrowaru. Wypuszczenie Crazy Mike'a wiązało się z ciekawą akcją marketingową pod hasłem "#jestemhopheadem", zmianą logo producenta i konkursem, w którym planowałem wziąć udział - ale jakoś nie wyszło (jak zawsze). Dlatego już poza konkursem uraczę was moim hopheadowym zdjęciem podczas konsumpcji Mike'a.

Crazy Mike wszedł na ring i szybko zepchnął do narożnika zarówno Angielskie Śniadanie, jak i Wam Dama. Wiem, że Double IPA powinna być solidna, mocna i aromatyczna, ale to piwo przekroczyło moje oczekiwania. Chwali się goryczą na poziomie 100 IBU, ale dla mnie była niemal niewyczuwalna - szczelnie owinięta warstwami owocowego aromatu, słodyczy (w procesie produkcji użyto cukru - czemu zwykle jestem przeciwny, ale akurat w tym przypadku piwowar wiedział dobrze, co robi) i alkoholu (mimo 9% i obecności cukru nuty alkoholowe były niewyczuwalne, jeśli nie liczyć lekkiego pieczenia w mojej podrażnionej sambalem paszczy). Czysta rozkosz i najlepsze, co ostatnio zdarzyło mi się pić... chociaż w sumie nie było to trudne, po rozczarowaniu Oki Doki i dobrej, ale nie rewolucyjnej Das IPA (oba od Pinty). Trzeba jednak zaznaczyć, że przy Mike'u raczej nie siedzi się, rozpijając kolejne butelki - po wyjściu z Barna wyraźnie czułem, że łapię "humorek", chociaż wydawało mi się, że jestem zahartowany na takie ilości alkoholu.


Reszta dnia upłynęła bez wielkich rewelacji - ot, typowe popołudnie Piwnego Miśka na mieście. Spacer Chmielną, merytoryczna dyskusja z zombie geekiem w Smyku przy strzelnicy NERFa, kawa na trawienie w Grycanie, marsz do Zygmunta i powrót w moje rejony. Wszystko w skwarze, który po ostrym obiedzie budził we mnie rozpaczliwą żądzę nawodnienia się. Pod wieczór zrobiłem jeszcze kilka kilometrów rowerem po zakupy, co dodatkowo mnie wymęczyło, ale też poprawiło mi samopoczucie na resztę wieczoru. Kiepsko z moją kondycją, ale chyba zaczynam sobie przypominać tę satysfakcję, którą dawały mi kiedyś regularne treningi. Jest jeszcze dla mnie nadzieja.

À propos kondycji: moja forma w pożeraniu również zostawia wiele do życzenia, a praca dodatkowo uniemożliwia mi stawienie się na imprezie, ale jeśli ktoś ma ochotę zawalczyć w tym roku o zaszczyty, sławę i darmową wołowinę, to Barn Burger organizuje pod koniec czerwca II Mistrzostwa w Pochłanianiu Burgerów. Serdecznie polecam, świetna impreza i naprawdę warto wziąć udział - niekoniecznie dla zwycięstwa, po prostu dla dobrego żarcia, satysfakcji i czystej, nieskrępowanej, hedonistycznej zabawy. Wystarczy skontaktować się z organizatorami na ich stronie na Facebooku... albo wpaść na obiad i pogadać na ten temat z personelem.

Oficjalny plakat II Mistrzostw w Pochłanianiu Burgerów. Żródło: facebook.com/BarnBurger
Do boju!

piątek, 16 maja 2014

Degustacje Piwnego Miśka: Lwówek Jankes

Jak już wspominałem, pracuję w sklepie z dobrymi piwami. Jądrem naszego asortymentu są litewskie piwa beczkowe i butelkowe, ale staramy się także wprowadzać polskie piwa z wyższej półki. W takiej pracy trudno jest nie złapać piwnego bakcyla, zwłaszcza jeśli ma się dość wrażliwe podniebienie i preferuje się jakość, a nie ilość.
W związku z tym od pewnego czasu próbuję rozmaitych piw, czasem nawet nagrywając degustacje. Ponieważ jednak regularne nagrywanie filmów jest dla mnie obecnie zbyt uciążliwe, od jakiegoś czasu myślałem o opisywaniu degustacji na blogu. A dzisiaj trafiło mi się coś, czym można dobrze otworzyć nowy cykl notek :)

Mowa o piwie Jankes, produkowanym przez śląski Browar Lwówek. Zgodnie z zapewnieniami producenta, mamy do czynienia z oryginalną lwówecką recepturą (zapewne inspirowaną stylem American IPA). Użyto słodu pszenicznego i trzech słodów jęczmiennych (pilzneńskiego, karmelowego i melanoidynowego), jak również pięciu różnych chmieli - przy czym browar ujawnił jedynie jeden z nich, polską Sybillę. Pozostałe cztery podobno będą stopniowo ujawniane.


Chociaż Jankes jest z założenia piwem niefiltrowanym, na dnie butelki nie zalega duża ilość osadu, do którego przyzwyczaiły mnie piwa AleBrowaru (konkretnie mój ulubieniec Rowing Jack - jasna, niefiltrowana i niepasteryzowana IPA, o której opowiem kiedy indziej), prawdopodobnie dlatego, że Jankes jest pasteryzowany. Po otwarciu od razu czuć intensywny, owocowy aromat chmieli, nieco mniej cytrusowy niż to, co pijałem ostatnio. Piwo jest jednolicie, ale niezbyt intensywnie mętne, o bursztynowym kolorze i białej pianie. Zapach bezpośrednio po nalaniu jest intensywny, rozsiewa dookoła aromat grejpfruta, owoców tropikalnych i lekkie nuty żywiczne; po kilka minutach zaczyna blednąć, po około dziesięciu wychodzą na wierzch nuty kojarzące mi się raczej ze słodem. Smak, na początku również cytrusowo-żywiczny, powoli również blednie, a gdzieś z drugiego planu wysuwają się kwaskowe nuty (słód pszeniczny?). Goryczka jest wyrazista, ale nie utrzymuje się zbyt długo na korzeniu języka. Chociaż w czasie picia piwo jest solidne, dobrze "zabudowane", to posmaki znikają dość szybko, nakłaniając do dalszego picia.


Generalnie, Lwówek Jankes okazał się być niezły (zwłaszcza, że dotąd nie pałałem do Browaru Lwówek zbytnim zaufaniem), chociaż odpowiedni raczej do posiedzeń przy kilku butelkach albo do szybkiego orzeźwienia, niż do długich, powolnych degustacji. Niespecjalnie nadaje się też jako akompaniament do wyrazistych potraw, chociaż całkiem nieźle komponował się z ziołowymi chipsami. Mając porównanie sprzed kilku dni w postaci Śniegu na Beniowej (Browar Ursa Maior) stwierdzam, że trzymają mniej więcej podobny poziom i klimat. Jeżeli planujecie w najbliższym czasie grilla, a macie dość popijania lagerów, to Jankes będzie miłą odmianą. W końcu zasmakował nawet mojej drugiej połówce, która większość pitych przeze mnie piw określa mianem "kanciastych" - to natomiast zasłużyło na komplement "okrągłe" (podobnie jak wcześniej Śnieg).
Zdecydowanie Jankes jest piwem, do którego będę wracał, o ile utrzyma się w lokalnych sklepach. Cena też nie odrzuca - kupiłem go w sklepie osiedlowym za niecałe 7 złotych. To dobra cena za taką jakość. Niestety, chwilowo nie mamy go w swoim asortymencie, chociaż niewykluczone, że będę nalegał na jego sprowadzenie w najbliższym czasie.

Hmmm... może uda się zorganizować niższą cenę?

________________
Obrazek pochodzi ze strony producenta: http://www.browarlwowek.pl/produkty/jankes.html

czwartek, 6 marca 2014

Amerykański atak cukrzycy.

Naprawdę nie planowałem dzisiaj notki, ale spróbowałem czegoś nowego i chciałbym się podzielić wrażeniami ze światem.

Małe wyjaśnienie: pracuję w sklepie z piwem "z wyższej półki", ale oprócz alkoholu sprzedajemy też importowane przekąski i napoje bezalkoholowe. Zwykle z krajów bałtyckich, ale nie tylko. Trafiają nam się też napoje zachodnie - najczęściej bijące na głowę swoje rozlewane w Polsce odpowiedniki. Miałem już okazję porównać amerykańskie i polskie napoje Dr Pepper, Coca Colę, a przedwczoraj przyjechały nowości... Dzisiaj dostałem wypłatę, więc stwierdziłem, że mogę wydać kilka złotych na fanaberie.

Na pierwszy ogień poszła puszka Mountain Dew Voltage. Niebieski, roziskrzony błyskawicami design pasuje do nazwy - sugeruje solidnego kopa energii, który przyda mi się przy dzisiejszej paskudnej pogodzie.
Napisy na puszce informują, że ta konkretna odmiana MD jest "naładowana smakiem malin i cytrusów oraz żeń-szeniem". Ten ostatni składnik trochę mnie zniechęca, nie lubię tej nuty smakowej... Zobaczymy.


Po otwarciu puszki wita mnie słodki, landrynkowy zapach maliny - nie do pomylenia z zapachem prawdziwych owoców, ale bardzo przyjemny. Kojarzy mi się z gorącym letnim dniem. Pierwszy posmak jest przede wszystkim kwaskowy, słodycz ukryta jest gdzieś pod spodem. Smak landrynkowych malin jest bardzo wyraźny, podlany odrobiną limonki. Żeń-szenia nie wyczuwam - duży plus. Przy kolejnych łykach gdzieś spod landrynki wychyla się nuta prawdziwego aromatu malinowego... i słodycz. Z każdym łykiem napój robi się coraz słodszy, a równocześnie aromat "spłaszcza się". Pod koniec puszki czuję już tylko kwasek cytrynowy i fruktozę, a na podniebieniu zostaje kwaskowa gorycz. Z "efektów specjalnych" - na plus oceniam błękitny kolor napoju, który wizualnie potęguje "elektryczne" skojarzenia; na minus natomiast to, że napój rozgazował się dość wyraźnie, zanim zdążyłem w swoim wolnym tempie wypić całą puszkę. Nie lubię mocno nagazowanych napojów, ale akurat w przypadku czegoś tak słodkiego gaz sprawia, że całość nie jest mdła.
Ostateczna ocena - 5/10, i to słabiutkie. Mountain Dew Voltage broni się głównie tym, że nie istnieje jego polski odpowiednik. No dobra, i moją słabością do malinowo-cytrusowych klimatów.


Druga nowość trochę odczekała po degustacji pierwszej - musiałem pozbyć się posmaków i przetrawić trochę uderzeniową dawkę fruktozy. Tym razem wybrałem Mountain Dew Code Red. Wzornictwo znowu przemawia do wyobraźni - odcienie czerwieni ze srebrnymi akcentami, wzorki przywodzące na myśl ekran radaru albo menu główne jakiejś futurystycznej gry RTS, dynamiczny krój liter. Hasło na puszce ogłasza, że Code Red będzie szturmował moje kubki smakowe "aromatem wiśni i innymi naturalnymi smakami". Wyzwanie przyjęte.


Po otwarciu czuć przede wszystkim wiśniowo-migdałowy aromat, trochę zbliżony do Coca Coli Cherry (nie mylić ze znaną powszechnie w Polsce Cherry Coke) albo do oryginalnego Dr Pepper, ale z cytrusowymi nutami. Pierwszy łyk jest słodko-kwaskowy, rzeczywiście lekko wiśniowy. Na podniebieniu pozostaje posmak gorzkich migdałów. Nuty cytrusowe niby gdzieś są, ale mocno w tle - z czasem niestety zanika też aromat migdałów, a smak wiśni znacznie blednie. Ostatecznie Code Red idzie tą samą drogą, co Voltage - staje się po prostu słodko-kwaśną, gazowaną bombą fruktozową z sugestią pierwotnego aromatu. Na plus mogę policzyć fakt, że kwaśna gorycz na podniebieniu jest znacznie słabsza i odrobinę "migdałowa". Na minus - ten napój również nie trzyma za dobrze nagazowania, więc pod koniec puszki robi się nieco mdły.
Ostateczna ocena - mocne 5/10. Nie do końca trafia w moje gusta, ale mając jako alternatywę polskiego Peppera, sięgnę po Code Red.

Na koniec bezczelna notka marketingowa: oba napoje można kupić w sklepach sieci "Chmiel i Słód" w Warszawie, w cenie 5,39 PLN za puszkę. Stronę sklepów na Facebooku można znaleźć tutaj (uwaga: strona dostępna od 18 lat, ze względu na reklamę alkoholu).