czwartek, 30 kwietnia 2015

Tak dziwna to chwila...

"...brakuje słów."


Dwadzieścia jeden miesięcy. Tyle czasu minęło od chwili, gdy stanąłem za barem świeżo otwartego sklepu z piwem na Tarchominie. Byłem zmordowany pracą w bezdusznych korporacjach, nie lubiłem koncernowych pomyj i miałem pewne doświadczenie jako barman, ale też żyłem w kompletnej nieświadomości, że dookoła mnie od dwóch lat trwa "piwna rewolucja". Teraz, po niemal dwóch kolejnych latach, żyję tym tematem. Śledzę premiery (chociaż jest to coraz trudniejsze - browary wyrastają jak grzyby po deszczu, a każdy tłucze nowe smaki na potęgę), wybieram się na festiwale (póki co - jak sójka za morze), a moja piwna szafka pełna jest butelek, których nie umiem z czystym sumieniem otworzyć bez jakiejś wielkiej celebracji. Jak w każdej dziedzinie mojego życia, tak i tutaj stałem się umiarkowanym, ale bezwstydnym geekiem.

Ale wszystko ma swoją cenę. Zatraciłem się w mojej pracy na tyle, że gdzieś po drodze zgubiłem lekkość i radość, które mi na początku towarzyszyły - trochę jak ten bajkowy chart, który od gonienia zajęcy starł sobie nogi do brzucha i został jamnikiem. W którymś momencie uświadomiłem sobie, że piwo już nie smakuje tak świeżo i dobrze, jak na początku, a codzienne wstawanie do sklepu stało się przykrym obowiązkiem. Wolne dni spędzałem śpiąc lub gapiąc się w monitor, a w tym czasie mój mózg mielił informacje o tym, co dzieje się w firmie, co trzeba zamówić, co naprawić, co wyprzedać.

Zawsze chciałem, żeby praca była dla mnie przyjemnością, skoro więc stała się udręką - nie mogłem tego dłużej ciągnąć. Dlatego przedwczoraj i wczoraj żegnałem się z "moimi" klientami. Wielu z nich znam od prawie dwóch lat. Innych poznałem rok, kilka miesięcy, kilka tygodni temu. Czułem się w obowiązku powiadomić ich, że raczej nie pogadamy już przez bar, a raczej będziemy się czasem widywać w kolejce do kasy.

Reakcje mnie zaskoczyły - same "ale czemu?", "bez pana to nie będzie to samo", "niech pan zostanie". Chyba wszyscy się przyzwyczaili, że po prostu jestem - ja, ten "Piwny Misiek" zza baru, który zawsze doradzi, wyjaśni, opowie coś o nowym piwie na półce czy kranie. A ja przyzwyczaiłem się do tego, że nawet kiedy jestem zmęczony, zniechęcony czy zirytowany, to przychodzi ktoś, z kim nadaję na podobnych falach. Od samego początku byłem swojego rodzaju symbolem tego sklepu, a teraz mam wrażenie, że stoi między nami znak równości. Wyrwanie się z tego równania jest... bolesne.

Jestem tak bardzo zmęczony, przyduszony. Wszystkie perspektywy przesłaniała mi dotąd jakaś ściana. Ale równocześnie wychodzę teraz w obcy, zimny świat, w którym wszelkie perspektywy są odległe, mgliste i niepewne. W tych ostatnich chwilach czuję rozpaczliwą potrzebę pozostania w ciepłym, znajomo pachnącym miejscu, po którym poruszam się swobodnie nawet z zamkniętymi oczami. Prawie dwa lata ciągłej pracy w moim bezpośrednim sąsiedztwie, gdzie spotykam moich klientów w Biedronce czy w autobusie. Jestem niemal lokalnym celebrytą, ludzie kojarzą "tego kudłatego faceta od piwa", pytają mnie na ulicy o nowe dostawy. Po raz pierwszy od lat osoby, które nazywam klientami, traktują mnie z szacunkiem i akceptują moje dziwactwa, bo liczy się dla nich to, co robię. Dla człowieka przyzwyczajonego do bycia nikim, odmieńcem, krzywym kółkiem w maszynie - to coś cudownego i strasznego równocześnie. Narkotyk, złoty łańcuch.

Zerwać ten łańcuch - to jak wyrwać sobie na żywca kawałek serca. Straszliwie boli, obezwładnia. Pomimo wszystkich wcześniejszych planów i pomysłów zostawia mnie odrętwiałego i zagubionego. I chociaż na zdrowy rozum umiem sobie wytłumaczyć, że to nie miejsce czy ludzie nadają mi wartość, tylko ja sam - to bardzo ciężko mi przychodzi przyswojenie sobie tego na poziomie emocji. Jestem uzależniony od mechanizmu pozytywnego wzmocnienia. To mnie wpędza w cykle wypalenia, ale nie umiem bez tego żyć.

Jedynym wyjściem jest poszukać nowego celu, póki jeszcze nie wytraciłem całego "pędu". Muszę znaleźć kolejne źródło okazji, by błyszczeć, zbierać dobrą energię i przerabiać ją na motywację do dalszego życia. A może gdzieś po drodze nauczę się, by tę energię czerpać z wewnątrz, zamiast polegać tylko na innych. Czy to kolejny krok ku dojrzałości emocjonalnej i samowystarczalności?

piątek, 17 kwietnia 2015

Bałkański eksperyment, czyli witajcie w Liberlandzie

Słyszeliście już o najmłodszym państwie w Europie? Według wszystkich znaków na niebie i ziemi, do listy mikropaństw dołączył nowy twór - mieszczący się na siedmiu kilometrach kwadratowych "ziemi niczyjej" bałkański Liberland.

Na początek garść informacji. Liberland mieści się na spłachetku ziemi między głównym nurtem Dunaju a jednym z jego starorzeczy, w rejonie znanym jako Gornja Siga. Terytorium to jeszcze tydzień temu było ziemią niczyją, efektem nieporozumienia granicznego między Serbią i Chorwacją. Teraz jednak grupa Czechów o wybitnie liberalnych poglądach politycznych ogłosiła, że "w zgodzie z prawem międzynarodowym przejęła ten teren jako terytorium nowego, suwerennego państwa". Grupa założycielska wybrała prezydenta - Vita Jedličkę - po czym ogłosiła w mediach, że przyjmuje wnioski o obywatelstwo.
Liberland potrzebuje obecnie obywateli:
- szanujących innych ludzi oraz ich opinie niezależnie od rasy, pochodzenia, orientacji czy religii,
- respektujących nienaruszalne prawo własności,
- nie posiadających przeszłości komunistycznej, nazistowskiej lub w inny sposób ekstremistycznej,
- nie karanych za przestępstwa.
(źródło: Liberland.org)
Przypomnijmy: chodzi o siedmiokilometrowy teren, który składa się z nieużytków, starego domu (lub kilku - dostępne zdjęcia przedstawiają tylko jeden), wysepki oraz wody między tą wysepką a stałym lądem. W praktyce oznacza to, że Liberland jest trzecim najmniejszym państwem na świecie (wyprzedza rozmiarem tylko Watykan i Monako, jest mniejszy od wyspiarskiego Nauru). W przeciwieństwie do mniejszych, a starszych braci, nie posiada żadnej historii, solidnej zabudowy ani nawet infrastruktury, za to jest regularnie zagrożony powodzią przy wysokim stanie Dunaju. Mówiąc krótko: to pusty, nudny (choć na swój sposób urokliwy) kawałek gleby, o którym dotąd słyszeli tylko ludzie zajmujący się kwestiami terytorialnymi na Bałkanach.

Najstarszy budynek w Republice Liberlandu. (źródło: https://www.facebook.com/liberland)
Ja również nie wiedziałbym o jego istnieniu, ale kilkoma kanałami dotarł do mnie artykuł z Onetu, odnotowujący fakt zaistnienia Liberlandu. Kanały te zwykle komentowały tę rewelację słowami "chyba tam wyemigruję". Chociaż mam do tego pomysłu swoje zastrzeżenia (o czym za chwilę), to rozumiem ogólny sentyment. Coraz więcej moich znajomych znika za granicą, deklarując, że do Polski wracać będą wyłącznie w celach turystyczno-towarzyskich. Dziki, płynny jeszcze w swojej formie kraj, kuszący obietnicami olbrzymiej wolności osobistej i gospodarczej, ma dla rozczarowanych Polaków olbrzymi powab. Ba, jeszcze ze dwa lata temu sam marzyłem o powstaniu takiego kraju (chociaż, jak to z fantazjami bywa, umiejscowiony był raczej gdzieś na Pacyfiku). Takie marzenia są piękne, jak długo nie próbuje się ich skonfrontować z rzeczywistością.

Z artykułu pojedynczy klik zaprowadził mnie na oficjalną stronę rządu Republiki Liberlandu. Miałem nadzieję dowiedzieć się czegoś konkretnego o tym dzielnym małym narodzie, jednak oprócz podstawowych informacji geograficznych, obietnic wspomnianej wolności i zachęty do ubiegania się o obywatelstwo nie znalazłem tam żadnych konkretów. Konstytucja i reszta regulacji prawnych nadal "oczekują na przetłumaczenie na angielski" (zapewne z języka urzędowego, którym jest czeski). Najbardziej dynamicznym, aktywnym elementem internetowej obecności Liberlandu są forum i Facebook*.

Z ciekawości zajrzałem na forum, aby zobaczyć, jakie plany dla tej krainy pełnej możliwości mają przyszli obywatele. Okazuje się, że najaktywniejszą nacją są Turcy, a zaraz za nimi Czesi, Słowacy i Węgrzy. Na dzień dzisiejszy swoich działów dorobili się też Serbowie, Chorwaci, anglofoni, niemieckojęzyczni i Polacy. Wow. Cudowna sprawa, tylu ludzi chce stać się częścią czegoś nowego i ambitnego!
Pierwszy temat z brzegu na forum anglojęzycznym. "Oficjalny język". Brzmi ciekawie, autor proponuje, aby jednak oficjalnym językiem był angielski ze względu na powszechność. Rozsądne. Pierwszy respondent zgadza się, po czym proponuje rozpoczęcie prac nad hymnem państwowym (nie za wcześnie?). Jeden z następnych uważa, że urzędowymi powinny być języki najbliższych sąsiadów, ze względu na to, że terytorium wcześniej należało do nich. Jeszcze inny mówi, że to terytorium węgierskie pod okupacją obcych państw, więc węgierski...
OK, dobra. To się zdarza, zwłaszcza na słabo moderowanych forach. Inny temat. Kolejny temat. "Nie będzie obywatelstwa dla Turków, to oficjalna informacja od prezydenta. Bo Turcy nie są Europejczykami :D". Flamewar na dziesięć ekranów. Dobra, źle trafiam, zdarza się. "Pedofilia w Liberlandzie?" Eeee?... A, chodzi o wiek samostanowienia seksualnego. Moment, kraj nie ma nawet kilkunastu mieszkańców, a już wchodzimy w takie tematy? Tuż obok podobna dyskusja o aborcji i eutanazji. Ech...
"Transport i komunikacja". Autor informuje, jacy ludzie są potrzebni, aby zbudować infrastrukturę transportową. Zaznacza, że muszą to być ludzie już pracujący w odpowiednim zawodzie, wykształceni, elastyczni, znający dobrze angielski i umiejący pracować w zespole. Fajnie. Dręczy mnie tylko pytanie, czy autor przewidział w swoim planie miejsce dla siły roboczej, a nie tylko planistów. I jak zamierza to zorganizować. Nikt nie zadał tych pytań. Nikt w ogóle nic nie odpisał. Podobnie w temacie o standardach budowlanych. W tym czasie w sąsiednich tematach wrą dyskusje o prawie do posiadania broni, legalności marihuany, hazardzie i prostytucji. Roi się od "ministrów Liberlandu", chyba gdzieś przewija się nawet jakiś "król". W polskim dziale - spam po turecku i polskie narzekania na "śmierdzących, panoszących się turasów"**. Piękna ta wolność, taka nasza.

Liberland cannot into heraldics. (źródło: http://liberland.org/)

Na Facebooku jest jeszcze gorzej - powstały już strony "partii politycznych Liberlandu", w tym nazistowskiej i komunistycznej, "Wolnej Armii Liberlandu", "Uniwersytetu Liberlandzkiego", "Liberlandzkiego Instytutu Językowego", a nawet lokalnej frakcji Państwa Islamskiego. Równocześnie pojawili się chorwaccy i serbscy aktywiści domagający się "zwrotu ich ziem", którzy jeszcze tydzień temu nie wiedzieli lub nie pamiętali o istnieniu Gornej Sigi i jej statusie jako ziemi niczyjej, a teraz znaleźli nowy pretekst do politycznego tokowania.
I w taki właśnie sposób rodzące się mikropaństewko zostaje przyduszone własną obietnicą wolności. Hordy internetowych trolli, politycznych krzykaczy i innych życiowych niedojd rzuciły się jak sępy na świeżą padlinę, a organizatorzy całego przedsięwzięcia nie są w stanie moderować dyskusji, które beztrosko umożliwili. Wielkim sukcesem jest dla nich fakt, że mniej niż dziesięć osób brodzi w mailach, aplikacjach o obywatelstwo i innych wiadomościach skierowanych bezpośrednio do "organów państwowych". Tymczasem cała inicjatywa tonie w spamie i szumie informacyjnym, a prezydent Jedlicka jest zbyt zajęty dawaniem wywiadów, by zarządzić moderację (a może po prostu boi się naruszyć "swobodę wypowiedzi" potencjalnych obywateli?). Tak czy inaczej, efekt jest opłakany i pięknie pokazuje, dlaczego pełna swoboda dana zbieraninie przypadkowych ludzi jest równie mądrym rozwiązaniem, jak uczenie stada kotów tabliczki mnożenia.

Czy w tym wszystkim jest jakakolwiek szansa na to, by projekt "Liberland" nie udusił się pod ciężarem własnej beztroski? Pewnie tak. Ale wymagałoby to zmiany podejścia, wypracowania jakiejś sensownej wizji i zatrudnienia - najlepiej z puli aplikantów do obywatelstwa - ludzi, którzy będą chcieli rzeczywiście budować to państewko, a nie jedynie zamieszkać w raju podatkowym z legalnym hazardem, ziołem i burdelami. Zakładając oczywiście, że samo założenie Liberlandu jest poważną inicjatywą, a nie eksperymentem społecznym albo przerośniętym, kosztownym żartem. Póki co żadne państwo na świecie nie uznało istnienia i suwerenności bałkańskiej mikronacji.

Laski, piaski i karaski, czyli państwo w budowie. (źródło: https://www.facebook.com/liberland)
Na razie Liberland stanowi przede wszystkim świetne studium tego, jak w czasach powszechnego dostępu do internetu wygląda ludzka mentalność. O tym, że sieć dała głos idiotom, wiemy od dawna. Na przykładzie Liberlandu widać jednak coś jeszcze: kiedy przeciętnemu Nowakowi, Jonesowi, Kovacsowi czy Erdoganowi da się choćby obietnicę absolutnej swobody, natychmiast wyłazi z niego anarchistyczne, sobiepańskie bydlę, krzykliwy warchoł, ewentualnie cyniczny cwaniak. Kłania się Maksyma Sturgeona, w swojej najpopularniejszej formie brzmiąca: 90% of everything is crap  ("90% czegokolwiek jest g... warte"), chociaż w tym przypadku stawiałbym bardziej na okolice 99,9%. Na forum Liberlandu pojawili się już pierwsi "trybuni ludu", którzy organizują zbiórkę bitcoinów na "wspólne cele obywateli", oczywiście nie mając obywatelstwa i operując kompletnie niezależnie od rządu. Oczywiście ci, którzy wpłaca kasę na te "wspólne cele", zostaną po prostu okradzeni, ale przecież podstawową idea wolnego rynku jest odpowiedzialność za swoje decyzje, prawda? Nawet te, które wynikają z dezinformacji i chaosu informacyjnego, będącego w dużym stopniu winą niezorganizowanych "władz". Miał być triumf myśli liberalnej, zamiast tego chwilowo jesteśmy świadkami jej kompromitacji.
Nie mogę przy tym pozbyć się natrętnej myśli, że założyciele Liberlandu zabrali się do tematu od tyłka strony. Gwarantem tego, że państwo sie nie rozejdzie na wszystkie strony świata, jest jego naród. naród to grupa ludzi powiązanych ze sobą więziami innymi, niż wspólne interesy - językiem, kulturą, przywiązaniem do ziemi albo przynajmniej jakimś nieokreślonym poczuciem wspólnoty. Tymczasem "naród" Liberlandu, o ile rzeczywiście powstanie, będzie zbieraniną przypadkowych ludzi, w najlepszym przypadku arbitralnie wybranych przez rząd spomiędzy tłumu aplikantów. Znów nasuwa się analogia do stada kotów...

Czas pokaże, czy Liberland będzie kolejną szybko zapomnianą "sensacją tygodnia", kompletną porażką organizacyjną, czy głupim żartem znudzonych liberałów. Może też zdarzyć się, że po tym chaotycznym okresie "wykluwania" przerodzi się w sensowną i przemyślaną inicjatywę. Póki co stanowi jednak dowód na to, że przeciętnemu zjadaczowi chleba nie tylko brakuje dojrzałości, by wziąć swój los we własne ręce, ale też samokontroli, by powstrzymać się od psucia cudzych pomysłów. Dlatego na koniec pozwolę sobie zacytować fikcyjnego dyktatora, który jakimś cudem dawał swojemu ludowi tyle swobody, ile lud rzeczywiście był w stanie unieść:
Widzi pan, panie Lipwig, wierzę w wolność. Niewielu ludzi w nią wierzy, choć oczywiście wszyscy twierdzą, że tak. A żadna praktyczna definicja wolności nie byłaby zupełna bez wolności przyjmowania konsekwencji. W rzeczy samej, jest to wolność, na której opierają się wszystkie pozostałe.
(Terry Pratchett, "Piekło pocztowe")
Pozostaje życzyć prezydentowi Jedličce i jego kolegom, by byli w stanie udźwignąć konsekwencje swojego pomysłu.


Podziękowania dla Larsa-Petera z Neo-Survivalist oraz dla Wojciecha za rozmowy na FB, które zmotywowały mnie do napisania tej notki.
______________
*Na Facebooku regularnie pojawiają się informacje o wywiadach udzielonych przez prezydenta, możliwości wspomożenia budżetu państwa bitcoinami, a nawet planowanym numerze kierunkowym, kiedy już Liberland będzie miał telefony... Niestety, gorzej z konkretami na temat organizacji państwa.
**Narzekania te nie są kompletnie bezpodstawne - forum Liberlandu zdominowane zostało przez tureckich spamerów, którzy stopniowo "przeciekają" także na stronę facebookową. W dodatku są to spamerzy wyjątkowo złośliwi, ponieważ nie tylko ignorują prośby o nie używanie języka tureckiego w innych działach językowych, ale wręcz z tych próśb bezczelnie drwią. Przypomina to trochę komentarze pod losowymi filmikami na YouTube w stylu "Polacy przejmują ten film", tylko w bardziej chamskiej formie. Owczy pęd, czy zorganizowana akcja? Trudno powiedzieć, ale jedynym efektem jest poważny uszczerbek na wizerunku narodu tureckiego...

piątek, 6 marca 2015

Szkice pazurem: Ciekawość

Internet jest zbiorem wszelkich informacji, jakie kiedykolwiek wytworzyła i przetworzyła ludzkość. Stanowi skarbnicę wiedzy, do której każdy użytkownik ma niemal całkowity dostęp. Stanowi najpotężniejsze narzędzie komunikacji, do jakiego nasz gatunek ma dostęp. Pozwala w kilka do kilkunastu sekund znaleźć odpowiedź na większość pytań, na jakie ktokolwiek i kiedykolwiek tę odpowiedź poznał.
Ale żeby móc tak z niego korzystać, trzeba te pytania zadać. Trzeba to umieć zrobić. I co najważniejsze: trzeba chcieć. Tymczasem z prawdopodobnych milionów osób, o które otarłem się w internecie jak przechodzień w tłumie, tylko garstka była gotowa zatrzymać się przed jakimś tematem, traktowanym przez ogół jak totalna oczywistość, i zadać sobie pytanie: "ej, ale czy na pewno?". A nawet z tej garstki większość wzruszyła ramionami i poszła dalej, z poczuciem niewyjaśnionej tajemnicy, zamiast otworzyć nową zakładkę i zaspokoić potrzebę zrozumienia. Możliwe, że to jedna z rzeczy, które tak bardzo utrudniają mi życie: tak rozpaczliwa potrzeba wyjaśniania, odkrywania, naprawiania rzeczywistości.

Nie jestem żadnym geniuszem, żyję w takiej samej lustrzanej bańce ignorancji, jaka otacza każdego człowieka. Ale moim przekleństwem jest dostrzeganie rys w tej lustrzanej powierzchni, po czym - zamiast łatania ich lub odwracania wzroku, aż same znikną - dłubanie w nich. A kiedy już zedrę dość sreberka, żeby zobaczyć świat po drugiej stronie, kiedy już rozbiję tę szklaną ścianę - rzucam się z pazurami na cudze bańki, z nadzieją, że oprócz własnej ignorancji pokonam też cudzą. Niestety, sreberko pokrywa je od środka. Ludzie nie widzą, że próbuję odkryć przed nimi coś, czego dotąd nie widzieli. Słyszą tylko moje pięści uderzające z drugiej strony lustra i kulą się mocniej w swoim mikroświecie, krzycząc, żebym sobie poszedł i nie niszczył ich rzeczywistości. I kiedy tak bezskutecznie próbuję podzielić się z nimi moim odkryciem tygodnia, nie zauważam nawet, że moje własne zwierciadło znów mnie otoczyło. Zamknięty na nowo w kokonie apatii i niezrozumienia, sam daję za wygraną i zaczynam gapić się we własne odbicie. W moim świecie jest mi dobrze. W moim świecie wiem wszystko najlepiej. Nie ma sensu się wysilać, ci inni nie rozumieją i mogliby nie istnieć.

Moment, co to? Ta rysa na lustrze...

środa, 4 marca 2015

Deklaracja wojny

Po raz kolejny zawaliłem kwestię blogowania i ponownie miałem poważne problemy z przekonaniem samego siebie, że warto nadal próbować. W końcu minął dopiero jeden rok z dekady, którą miałem dokumentować!
Minęły moje urodziny - świetna okazja na rozliczeniówkę z mijającym rokiem i planowanie kolejnego.
Gdzieś po drodze przepełzł SIAD - dzień, kiedy powinienem mówić głośno o temacie, którego wielu ludzi nie chce widzieć ani rozumieć.
Tyle rzeczy się dzieje, ale nic nie poruszyło mnie na tyle, aby zbudzić mnie z letargu...

Jestem dziwnym stworzeniem. Z jednej strony mam olbrzymią ilość rozmaitych zainteresowań i predyspozycji, z drugiej - wiecznie walczę z poczuciem nieuchronnej klęski. Mój ojciec często nazywa mnie "niedokończoną symfonią". Wiele rzeczy robiłem, wiele mnie fascynowało, ale próby osiągnięcia czegoś konkretnego kończyły się zwykle po pierwszych sukcesach.
Mijają lata. Z każdym rokiem coraz więcej jest tematów, których spróbowałem - rośnie więc także lista tych, których spróbowałbym ponownie, gdybym miał czas, pieniądze, siły. Ostatnio uświadomiłem sobie, że czasu nie wyczaruję, siły z wiekiem maleją, a pieniądze nie pojawią się, jeśli nie będę się rozwijał. Dlatego postanowiłem narzucić sobie nieco inny rytm, a co za tym idzie, "rozszczepić" tego bloga.

Założyłem jakiś czas temu Jaskinię Piwnego Miśka - bloga, w którym odtąd pojawiać się będą tematy dotąd zaszeregowane pod etykietką "piwny misiek". Z kolei wszelkie tematy związane z moją szeroko pojętą fizyczną twórczością - rękodziełem, kuchnią itp. - przenoszę na świeżo założoną Gawrę Tarchomińską. Tutaj pozostaną moje przemyślenia, wariackie olśnienia, opinie o rzeczach bieżących i wszystko to, co nie zmieści się na pozostałych blogach. Narzucam sobie również reżim minimum trzech notek tygodniowo - po jednej na każdym blogu.

Aby wspomóc się w lepszej organizacji życia, wróciłem do zarzuconego dobre kilka miesięcy temu HabitRPG, dzięki któremu mam nadzieję ustawić sobie względnie sensowny rytm tygodnia, niezależnie od chaosu, jaki do mojego życia wnosi nieregularny grafik w pracy. Wyznaczyłem sobie wiele nowych celów i zdaję sobie sprawę z tego, że osiągnięcie ich wszystkich będzie karkołomnym wyzwaniem, ale jak mówią w Ameryce: go big or go home.

Z każdym dniem przekonuję się, że pozostawanie w miejscu rzeczywiście jest cofaniem się, natomiast każdy krok do przodu dodaje mi rozpędu do dalszego marszu. Wiosna jest coraz bliżej, więc możliwe, że po prostu powoli wypełzam z mojego zimowego, depresyjnego stanu ducha, ale jeśli przez cały rok nadam sobie solidne tempo, to następna jesień i zima nie będą w stanie wyhamować impetu. Mój cel na ten rok: nie utknąć. Rozwijać się. A jeśli cokolwiek będzie mnie ograniczać, to albo to zmienić, albo usunąć ze swojego życia.

Chcę przestać patrzeć z zazdrością na genialnych i twórczych ludzi, a zamiast tego czerpać z ich przykładu energię i inspirację. Nie, chcę więcej: sam dojść do momentu, gdy będę tę energię i inspirację dawał innym. Idę na wojnę z życiową inercją. Ambitny plan? Jak cholera. Ale wykonalny.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Piwny Misiek: Kingpin Rocknrolla

Dla porządku muszę zacząć od informacji, że jestem wielkim misiołnikiem... ekhm, miłośnikiem stylu American Pale Ale. Po prostu jest coś takiego w jasnych, rozsądnie chmielonych ale'ach, zwłaszcza na chmielach amerykańskich, że w moim odbiorze trudno je spaprać. Jasne, wady piwa zdarzają się nawet najlepszym, ale od strony kompozycji rzadko zdarza mi się trafić na takie APA, od którego by mnie odrzuciło. Dlatego do degustacji Rocknrolla z Browaru Kingpin podszedłem z dużym entuzjazmem. Po średnim (acz pijalnym) Berserkerze i niezbyt zachwycającym, cierpkim Muerto miałem nadzieję na coś, co zrehabilituje Kinpina w moich oczach i zachęci do oczekiwania na kolejne ich piwa.

Butelkę nabyłem w moim zwykłym punkcie zaopatrzenia, czyli w Chmielu i Słodzie. Uroczo brzydki świniak z muttonchopami, fajkiem w ryju i kolczykiem w uchu obiecuje nam, że dostaniemy aromatycznego kopa skórki pomarańczowej i werbeny. Czemu nie? Otwieram butelkę, niucham szyjkę (z butelki idzie aromat cytrusów z lekką tropikalną nutą) i przelewam zawartość do szkła.

Kingpin Rocknrolla bezpośrednio po przelaniu do szkła.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wyraźna mętność i złoty, wpadający w jasny bursztyn kolor. Ostatnio pite piwa przyzwyczaiły mnie do solidnej piany - tutaj jednak jest ona mizerna i bardzo szybko opada, praktycznie nie znacząc szkła. Jedynie jej cienka warstewka nalega na powierzchni piwa prawie do samego końca degustacji. Zapach w szklance jest już mniej skoncentrowany, czuć przede wszystkim słodkie nuty owocowe (z dominującym cytrusem), ale gdzieś zza tego wszystkiego wychylają łeb drożdże. Rozumiem, że piwo jest niefiltrowane, ale jeśli pijąc je mam skojarzenia z surowym ciastem na pizzę, to chyba coś nie wyszło. Na szczęście drożdże chowają się znów w tle po pierwszym łyku, w którym na kubki smakowe idzie mi przyzwoita dawka goryczki. Przez podniebienie przelewają się cytrusy i owoce tropikalne, chociaż z dziwnym, "nieświeżym" elementem. Wyraźne nagazowanie szczypie w język, którego czubek drętwieje mi, jakbym polizał przekrojoną skórkę grejpfruta; równocześnie na korzeniu języka czuję wrażenie, jakbym zjadł za dużo kandyzowanej skórki pomarańczowej. Ogólne wrażenie jest... dziwne. Rocknrolla okazuje się pijalny, ale w żadnym momencie nie dorósł do moich oczekiwań. Nie uratował go nawet udział mojego ulubionego chmielu - Simcoe.

Pięć minut później mój żołądek daje znać czkawką i zgagą, co myśli o wypitym przeze mnie piwie. Ech. Spodziewałbym się takiej reakcji po Muerto - cierpkim i doprawionym syropem z cukru inwertowanego - ale nie po lekkiej, orzeźwiającej APA. Niestety, z całej trójki najlepszy okazał się Berserker, mimo, że pierwotnie również się na nim zawiodłem. Żadnego z tych trzech już raczej nie kupię; jeśli na półkach pojawi się coś nowego od Kingpina, to spróbuję, ale na pewno nie będę już miał wielkich oczekiwań - i jest mi z tego powodu cholernie przykro.

niedziela, 14 grudnia 2014

Piwny Misiek: Bliskie spotkania z Manufakturą Piwną

Po wczorajszym ponownym zawodzie związanym z browarem Kingpin (Muerto niczego nie urywa - chociaż możliwe, że ja po prostu nie czuję magii pumpkin ale, zwłaszcza doprawionego na kwaśno), postanowiłem dziś obniżyć loty. Do szkła poszły dwa piwa z Manufaktury Piwnej (czyli, jeśli ktoś dał się zwieść eleganckiej nazwie - Browar Jabłonowo, tylko w wersji dla piwnych nowicjuszy, a nie ignorantów).

Altbier okazał się całkiem przyjemny, chociaż ciut za ciężkawy jak na mój gust i chyba trochę za słodki. Możliwe, że miałem nieco przestawiony smak, bo piłem go w przerwach przy sprzątaniu, a to nie sprzyja koncentracji na piwie. Zresztą moje dotychczasowe spotkania z altbierem dotyczyły wyłącznie Starego Ale Jarego Pinty, który jest mocniej chmielony i zapewne trochę bardziej dopracowany. Jeśli ktoś chciałby poszerzyć moje horyzonty, to chętnie dam się wyciągnąć na altbiera przy jakiejś okazji.

Dubel - z założenia doppelbock - był również bardzo sympatyczny, ale nie poczułem "bogatości", która z założenia charakteryzuje ten styl. W zapachu nieco karmelowy i wyczuwalnie alkoholowy. W smaku wyraźnie nastawiony na słód, z karmelowymi nutami i chyba jednak odrobiną palenia. Mam też wrażenie, że gdzieś w tle pełzała lekka cierpkość, której w doppelbocku nie powinno być w ogóle.

Przede mną jeszcze spory kawałek wieczoru i - mam nadzieję - dwa wolne dni, więc może wreszcie odrobię piwnomiśkowe zaległości. Jeśli się uda, to spodziewajcie się nowego wpisu na blogu najpóźniej pojutrze.

środa, 19 listopada 2014

Poniedziałkowo przy środzie

Listopad to chyba najbardziej znienawidzony przeze mnie miesiąc w roku. Generalnie nie cierpię jesieni i niespecjalnie lubię zimę, ale listopad jest najgorszy - z dnia na dzień jest coraz zimniej i ciemniej, a tak daleko jeszcze do przesilenia zimowego, niosącego obietnicę, że dalej będzie już lepiej. Nie bez powodu początek listopada był święcony w wielu kulturach jako punkt przełomowy, koniec tej jasnej, "dobrej" części roku. Wiem, że nie jestem odosobniony w mojej opinii na temat tego miesiąca - dowodem niech będzie obrazek, który ostatnio intensywnie krąży po Facebooku.


Dziś trafiłem na niego na tablicy ORIMONO, z komentarzem "W takim razie nie ma co się przejmować poniedziałkiem, prawda?". Poprzeżuwałem przez chwilę tę myśl i doszedłem do wniosku, że zawiera ona fundamentalny błąd: zakłada, że poniedziałki w listopadzie tracą swoją codzienną poniedziałkowość na rzecz listopadowości. Tymczasem jest wręcz przeciwnie: listopadowy poniedziałek łączy w sobie poniedziałkowość poniedziałkową i listopadową. O ile bardziej poniedziałkowy jest więc listopadowy poniedziałek?

Zgodnie z tezą autora grafiki, listopad kumuluje w sobie moc poniedziałków z całego roku; załóżmy, że chodzi o poniedziałki inne niż listopadowe, w przeciwnym razie wpadlibyśmy w pętlę logiczną.. Listopad ma 30 dni. Nie-listopadowych poniedziałków będzie w tym roku 48. To oznacza, że na każdy dzień listopada przypada z reszty roku poniedziałkowość o mocy 48/30, czyli 1,6. To jest nasza dzienna poniedziałkowość listopadowa. Każdy poniedziałek w listopadzie ma jeszcze swoją poniedziałkowosć poniedziałkową o mocy 1. Oznacza to, że całkowita poniedziałkowość listopadowego poniedziałku wynosi 1 + 1,6 = 2,6. Inaczej - w listopadowym poniedziałku jest 260% poniedziałku.
Dla lepszego uświadomienia tego, jak potężna jest ta wartość, przemnóżmy ją przez ilość godzin pracy w zwykły dzień powszedni. Jak wiadomo, cywilizowany człowiek pracujący na etacie siedzi w pracy 8 godzin i urywa się natychmiast, gdy tylko wybije fajrant. Ciężko wysiedzieć osiem godzin w poniedziałek, prawda? To teraz wyobraźcie sobie, że zgodnie z powyższymi wyliczeniami, każdy listopadowy poniedziałek odczuwacie tak, jakbyście o innej porze roku siedzieli w pracy przez 8 x 2,6 = 20,8 godzin.

20 godzin i 48 minut. Sorry, ale jest się czym przejmować. Bardzo.

Na odtrutkę po tych toksycznych obliczeniach i marudnych wnioskach - małe olśnienie muzyczne. Jestem wielkim fanem zespołu Tiamat, ale kiedy wsłuchuję się w teksty Edlunda, często odnoszę wrażenie, że albo poetyzuje tak surrealistycznie, że tekst zatraca pierwotny sens, albo po prostu zmaga się z językiem i tematyką. Wielokrotnie jednak jakaś luźna myśl albo przypadkiem wygrzebana skądś informacja całkowicie zmieniała moje zrozumienie którejś piosenki... i właśnie to stało się dzisiaj, kiedy marudziłem na temat listopada jako "najciemniejszego" miesiąca w roku.


Posłuchajcie uważnie drugiej zwrotki:
Teraz chmury wiszą tak nisko i malują świat śniegiem
Równonoc już dawno minęła... oto koniec lata.
Koniec lata kojarzy się właśnie z równonocą jesienną - przecież wtedy właśnie zaczyna się kalendarzowa i astronomiczna jesień. Tymczasem tutaj Edlund wyraźnie śpiewa, że już dobrze po równonocy, pada śnieg i w ogóle wilki wyją - i co, teraz dopiero skończyło się lato?
Owszem, jeśli pogrzebać w etymologii nazw pogańskich świąt. Jeden ze staroirlandzkich zapisów nazwy Samhain brzmiał Samfuin. Jedno z wytłumaczeń tego zapisu (przez lingwistów uważane za niepoprawne, ale nadal dość popularne) wywodzi je od słów sam ("lato") i fuin ("koniec"). Nie zdziwiłbym się wiec, gdyby Edlund nawiązał właśnie do tej etymologii - i nagle całość brzmi bardzo logicznie. Samhain, "koniec lata", wypada w pół drogi między równonocą jesienną a zimowym przesileniem. Początek listopada, chmurny, ciemny i niekiedy już śnieżny, to idealny czas na to, żeby pogrążyć się w tęsknocie za latem i myśleć, że lepiej już nie będzie.

Miała być odtrutka, a wyszło depresyjne ponuractwo á la Niedźwiedź. Ale przynajmniej już wiemy, dlaczego listopadowe poniedziałki są takie straszne...