wtorek, 9 września 2014

Gra w codzienność

Życie każdego dnia stawia przed tobą wiele zadań i ograniczeń: szkoła, praca, kontakty towarzyskie i zwykłe codzienne czynności zajmują rozpaczliwie dużo czasu i przerażają tysiącem opcji (zwykle skutkujących dodatkowymi problemami). Czy ty i twoi bliscy będziecie w stanie podołać codziennym wyzwaniom i osiągnąć życiowe szczęście?

Spokojnie, to nie początek recenzji "The Sims 4". Nie mam jeszcze tej gry i z kilku powodów raczej nie kupię jej w najbliższym czasie (a jeśli kupię, to wątpię, czy zrecenzuję). Przyznaję, lubię czasem stworzyć jakieś sztuczne ludziki i pogapić się, jak - kierowane moją nieodpowiedzialną ręką - marnują swoje życiowe szanse czy bezskutecznie próbują spełniać wybujałe marzenia. Czasem uświadamiam sobie przy tym, że gra dogoniła rzeczywistość, a rozmaite, niekiedy absurdalne aspiracje Simów nie różnią się specjalnie od naszych. Trochę to smutne.
A teraz odwróćmy perspektywę. Zamiast myśleć o grze udającej życie, pomyślmy o życiu, do którego wprowadzamy reguły gry. Zetknęliście się kiedyś z pojęciem "grywalizacja"? Jeśli nie, to prawdopodobnie odwiedzacie inne zakątki Internetu, niż ja - po raz pierwszy trafiłem na ten termin już dawno temu i ze sporą częstotliwością byłem raczony przez znajomych różnymi odmianami tego zjawiska. Grywalizacja jako sposób motywacji pracowników. Jako pomoc w nauce. Jako narzędzie wychowania dzieci. Jako sposób na zwiększenie produktywności. Przez pewien czas odnosiłem się do całego tego szumu sceptycznie, ale ostatnio postanowiłem się przemóc.

Gry towarzyszą mi od dzieciństwa. Od małego uwielbiałem planszówki, karty, gry słowne. Potem dostałem mój pierwszy komputer i zaczęła się moja fascynacja wirtualnymi światami. Po drodze do moich zainteresowań dołączyły gry fabularne, a wraz z nimi, nieco na marginesie, karcianki i bitewniaki. Nie byłem nigdy zwierzęciem towarzyskim, a moje otoczenie nie zawsze lubiło grać - ale korzystałem z każdej okazji, żeby spróbować czegoś nowego albo odkopać jakąś starą grę. Dopiero ostatnie lata zmieniły mnie w borsuka okopanego w swojej norze, grywającego wyłącznie w nieco zakurzone gry komputerowe sprzed N lat, ewentualnie (bez specjalnego zacięcia) w sieciówki. Ale nadal lubię grać i odkrywać. Gdybym tylko miał czas, siły i chętnych graczy, radośnie wróciłbym do mojego dawnego nałogu.

Właśnie, czas i siły. Jestem osobnikiem wysoce niezorganizowanym, cierpię na poważne zaburzenia motywacji, w dodatku łatwo przychodzi mi izolowanie się od innych ludzi. Moje życie toczy się od zrywu do zrywu, pomiędzy którymi wypełnia je codzienny kierat - nuda, zmęczenie, zniechęcenie. Chociaż jestem gorliwym zwolennikiem jasnych reguł i ich przestrzegania, sam żyję w kompletnym chaosie. Powód jest prosty - przestrzeganie codziennych rytuałów i prostych nakazów nie daje mi poczucia spełnienia. Porządek i stabilność w życiu to cele praktycznie nieosiągalne, jak każdy ideał, a wymagające niepoliczalnej ilości małych kroczków, z których każdy osobno wydaje się nieważny.
Równocześnie jestem jednym z tych ludzi, którzy wszystkim się przejmują. Każde drobne potknięcie jest dla mnie powodem do gniewu albo smutku. Każdy mały sukces kończy się zmartwieniem "i co teraz?". Nie potrafię emanować "aurą zajebistości", bo za bardzo martwię się, czy nie jest to aura czegoś innego.
W codziennym życiu rzadko mam czas i ochotę o tym myśleć, ale zdarzają mi się momenty, gdy w pełni uświadamiam sobie moją sytuację. Zwykle chcę wtedy coś zmienić, ale brakuje mi motywacji i narzędzi. Tym razem narzędzie samo wpadło mi w łapy, dzięki obserwowanej przeze mnie na Facebooku stronie "Gry Fabularne".

HabitRPG to ciekawa zabawka, która łączy w sobie organizer i grę sieciową. Pozwala graczowi wyznaczać sobie zadania w realnym świecie, za których wykonywanie lub zawalenie odpowiednio nagradza lub karze. Zadania te dzielą się na Nawyki, Codzienne oraz Do Zrobienia; każda kategoria ma inne zastosowanie. Gracza reprezentuje jego awatar - postać posiadająca paski Zdrowia i Doświadczenia, poziom, zasób Złota, a także możliwość zmiany wyglądu, towarzyszących zwierzaków i Wyposażenia.
Nawyki to rodzaj zadań, którym można przypisać zarówno efekt pozytywny (wykonanie wiąże się z nagrodą), jak i negatywny (ulegnięcie nawykowi skutkuje karą). Odznaczenie Nawyku nie usuwa go z listy, a jedynie przyznaje nagrodę lub karę i zmienia status tego Nawyku - dobre stają się coraz cenniejsze, złe coraz groźniejsze dla twojej postaci. Nawykowi można przydzielić obie funkcje na raz, np. w przypadku nawyku wstawania o odpowiedniej porze możesz zdecydować, że wstawanie przed 7 rano skutkuje nagrodą, wylegiwanie się po 9 karą, a nie odznaczać pobudek między tymi godzinami.
Zadania Codzienne to wyzwania, z którymi musisz się zmierzyć codziennie. Jeśli planujesz poranną gimnastykę, możesz umieścić ją w zadaniach Codziennych i odznaczać ją po wykonaniu. Wykonanie zadania Codziennego skutkuje natychmiastową nagrodą i wyłączeniem go na resztę dnia - nawet jeśli wieczorem poćwiczysz raz jeszcze, nie możesz nagrodzić się w ramach tego zadania (ale możesz wyznaczyć dodatkowe wieczorne ćwiczenia jako oddzielne zadanie!). Wykonane zadania Codzienne uaktywniają się ponownie w trakcie codziennego resetu (tzw. crona). Jeśli zadanie nie zostało odznaczone jako wykonane danego dnia, w trakcie resetu zostanie za nie przyznana kara.
Zadania Do Zrobienia to jednorazowe czynności, które po odhaczeniu po prostu znikają z listy, dając ci nagrodę. Możesz wyznaczyć sobie na nie termin, ale jego przekroczenie nie jest karane, a nie wykonane zadanie można bez żadnych konsekwencji usunąć. Jeśli chcesz cofnąć wykonanie zadania (np. naprawiłeś wreszcie zlew, po czym okazało się, że tylko go gorzej zepsułeś), możesz je odzyskać z listy Wykonanych przez pewien czas, oczywiście tracąc zdobyte za nie wcześniej zyski.

Pewnie zniecierpliwieni zapytacie: "No dobra - co z tymi nagrodami i karami? Póki co wygląda to jak zwykły organizer". Spokojnie, nie bez powodu aplikacja nazywa się HabitRPG. Jak wspomniałem, twój awatar posiada paski zdrowia i doświadczenia. Każdy zły Nawyk i zawalone zadanie Codzienne zadają obrażenia twojej postaci, natomiast pozytywne Nawyki i wykonane zadania przynoszą nagrody w postaci Doświadczenia i Złota. Doświadczenie pozwala twojej postaci awansować na kolejne poziomy, a w miarę awansu odblokowane zostają kolejne elementy gry - Wyposażenie, znajdowanie skarbów, Chowańce, zadania drużynowe i podobne atrakcje. Całkowita utrata Zdrowia skutkuje śmiercią postaci - utratą poziomu, całego Złota i części Wyposażenia. Złoto natomiast służy do kupowania Wyposażenia i Nagród, które wyznaczasz sobie samodzielnie, a po wykupieniu realizujesz następnie w realnym świecie. Osobiście wyznaczyłem sobie na chwilę obecną dwie Nagrody, każda o wartości 100 sztuk Złota - jedną jest spontaniczny wypad na miasto z obiadem i innymi wydatkami, drugą zakup gry, na którą od dawna ostrzę sobie zęby. Sporo czasu minie, zanim zapracuję sobie na którąkolwiek z nich. Dla kogo innego Nagrodą może być wycieczka do SPA na Wielką Ucieczkę W Krainę Czekoladowych Masaży (przykładowo za 300 sztuk Złota), godzina grania w LoLa (10 sztuk Złota) czy leniwy wieczór przed telewizorem z bezdennym kubełkiem lodów (whatever).

"I po co to wszystko?" - można zapytać. "Po co bawić się w wykonywanie zadań, skoro można je wyznaczyć i od razu odhaczać, a zgromadzone Złoto wykorzystać w całości w grze? Przecież nikt nie sprawdzi, czy kupiłem sobie coś w realnym świecie, więc po co wydawać Złoto na wirtualne pozwolenie?"
Oczywiście nie pomyślą tak osoby, które rozumieją ideę HabitRPG. To nie jest kolejne MMO, w którym chodzi tylko o grindowanie poziomów i chwalenie się sprzętem czy kolekcją Chowańców. Formuła gry jest mechanizmem, a nie celem - jeśli ze świata Habitiki wyniesiesz tylko fajną zbroję i setny level, to robisz coś źle. Gra ma uprzyjemniać  proces organizowania swojego życia, wyznaczania i osiągania celów, kształtowania dobrych nawyków. Autorzy założyli, że każdy gracz jest ze sobą szczery i uczciwie rozlicza się z wyznaczonych sobie zadań. Na tym właśnie polega grywalizacja - na tworzeniu angażującego wyobraźnię i emocje opakowania dla przyziemnych, realnych obowiązków. Możliwe jest, a nawet wskazane, "przebieranie" swoich zadań za epickie i fantastyczne dokonania. Bo co jest przyjemniej odnotować: "posprzątałem wreszcie bajzel w szafie" czy "wyzwoliłem Fort Komandor z łap okupacyjnej armii Tekstylnych Goblinów"?

Oczywiście w walce z potworami codzienności gracz nie jest samotną wyspą. HabitRPG cieszy się bardzo zgraną, porządną i pomagającą sobie nawzajem społecznością. Gracze mają możliwość wymiany doświadczeń na czacie w Karczmie (gdzie można też "przenocować" postać w razie tymczasowych wakacji od HabitRPG), organizowania się w tematyczne Gildie i rzucania sobie Wyzwań - zarówno z nagrodami w formie Klejnotów (bonusowej waluty kupowanej zwykle za prawdziwe pieniądze), jak i dla koleżeńskiego współzawodnictwa. Dla chcących wiedzieć więcej dostępna jest cała wiki, artyści i koderzy mają możliwość dołączenia do projektu, a osoby zagubione mogą bez obaw zdać się na pomoc nieznajomych, którzy dadzą im kilka pożytecznych rad lub pokażą drogę do Gildii Nowicjuszy. Odwiedzam świat Habitiki od niecałego tygodnia, a już czuję się w nim lepiej, niż w gąszczu informacyjnym Facebooka - i łatwiej mi się z tego gąszczu wyplątać, gdy w sąsiednim okienku wołają do mnie kolorowe zakładki zadań Codziennych.

Zaciekawiłem was? Znudziłem? Przeraziłem murem tekstu? W takim razie lepiej będzie, jeśli zapoznacie się z HabitRPG sami. Decyzję pozostawiam wam, a sam zwijam się do kolejnych zadań. Wyczyściłem dzisiaj kokpit krasnoludzkiego piwnego czołgu i wypolerowałem dysze jego miotaczy, ale na pokładzie strzelców jest nadal sporo zacieków do wyszorowania, a muszę się wyrobić przed kolejnym natarciem Piwnych Trolli!

sobota, 6 września 2014

Back to the vanity fair.

Wrzesień. Lato się kończy, młodzież wraca z wakacji, studenci urlopują się w najlepsze. Stanowiące jakieś 99% blogosfery gimnazjalistki zawalają sieć produkowanymi według seryjnego wzorca notkami pod tytułem "Back to school". Z kolei 99% tych wpisów stanowią litanie rozmaitego towaru, jaki uczennice kupiły w tym roku do szkoły - tzn. kupili im rodzice, często zagryzając zęby i rozważając dzieciobójstwo, gdy latorośl narzekała: "Ale Aśka będzie mieć taki, to ja muszę mieć jeszcze lepszy!".
Patrzę na to wszystko i po raz kolejny widzę ten sam bezsensowny pęd do "mieć", zamiast "być", który od kilkunastu lat stopniowo przejmuje kontrolę nad coraz młodszymi ludźmi. Gdyby chociaż był to pęd do posiadania rzeczy naprawdę wartościowych... Niestety, jedyną wartością dla wiecznie zmieniającej się mody jest "nowość", "przebojowość", a w rzeczywistości - świeża kasa, której nie zapłacą osoby przywiązane do tego, co już posiadają.

Wiem, brzmię znowu jak zgred powtarzający "a w moich czasach...", ale mam ku temu powody - w moich czasach rzeczywiście było to zjawisko jeśli nie mniej rozpowszechnione, to przynajmniej bardziej dyskretne. Może dzieciaki rozpaczliwie polowały na nowy modny piórnik, ale przynajmniej nie trąbiły o tym na blogach (bo takowych nie posiadały), a żaden rozsądny rodzic nie wpadłby na pomysł, żeby kupować dziecku ą-ę plecaczek znanej marki. Mam wrażenie, że dwoma głównymi trendami za moich szkolnych czasów były utylitaryzm i kicz, przemieszane w różnych proporcjach tak, aby pasować zarówno rozsądnym outsiderom, jak i "modnym dzieciakom".

Nie mówię, że nigdy nie poddałem się gorączce zakupów szkolnych - w podstawówce uwielbiałem kolorowe piórniki, plecaki z nadrukami (Żółwie Ninja!) i inne podobne bajery. Nie przypominam sobie jednak, żebym co roku wymieniał je na nowe, być może dzięki temu, że byłby jednak obliczone na kilkuletnie użytkowanie i nie rozsypywały się po dwóch miesiącach. Pod koniec podstawówki zacząłem dryfować w stronę ":rzeczy użytecznych", a kiedy poszedłem do liceum (dzisiaj - trzecia klasa gimnazjum), jakiekolwiek ciągoty do mody zniknęły. Postawiłem na przybory, które będą wygodne, dobrej jakości i zgodne z moimi osobistymi upodobaniami. Od drugiej klasy liceum zamiast tornistra nosiłem kostkę, która towarzyszyła mi do matury, a potem jeszcze przez całe studia. Jej poprzecierane resztki do dziś trzymam w szafie, w płonnej nadziei, że uda mi się ją wskrzesić i raz jeszcze nosić na grzbiecie. Licealny piórnik stał się mały, poręczny, mieścił tylko kilka długopisów i ołówków, a tandetne nadruki ustąpiły miejsca długopisowym bazgrołom na pseudoskórzanej powierzchni. Moim prywatnym gadżetem, jedynym w szkole, był futerał na przybory geometryczne - prosty, dyskretny, uszyty ręcznie przez mojego ojca z czarnej skóry. Zeszyty? Im grubsze, tym lepsze, z okładkami pasującymi intuicyjnie do przedmiotów, marki "krzak".
Nigdy nikomu się tym nie chwaliłem, bo nie było powodu. Robię to teraz, po latach, jako kontrast dla tego targowiska próżności, którym stała się obecnie szkoła. Tak, kiedyś też traktowaliśmy szkołę towarzysko. Tak, też wrzała walka o to, kto będzie popularny, a kto wyśmiewany. Tak, próbowaliśmy sobie nawzajem imponować. Ale jeśli ktoś próbował w tym celu wykorzystać "oryginalny plecak Adidasa" czy inne podobne gadżety, miał większą szansę zostać pośmiewiskiem, niż gwiazdą.

Dlatego jeśli jeszcze nie napisałaś/eś swojej notki "Back to school", zastanów się, czy to ma sens. Nie powiesz niczego nowego i nikomu nie zaimponujesz. Wszyscy koledzy mają dokładnie to samo, tylko w innych kolorach i z innym logo...

sobota, 30 sierpnia 2014

"Rok Bez...": "Wegetariański" sierpień, bezcukrowy wrzesień.

Wrzesień tuż za progiem, więc mogę chyba zdać raport i wziąć się za kolejne wyzwanie. Z pewną goryczą muszę przyznać, że wyzwanie "bezmięsny sierpień" okazało się kolejnym niewypałem. Żadna ilość samokontroli nie powstrzyma człowieka przed jego własną naturą - a jak już pisałem, jestem beznadziejnym wszystkożercą.
Muszę się pochwalić, że poszło lepiej, niż się spodziewałem. Przez dwa tygodnie powstrzymywałem się dość sprawnie od jedzenia mięsa sensu stricte (ryby i nabiał pozostały w mojej diecie). Potem trafił się wyjątkowo stresujący dzień, w ramach którego totalnie się pogubiłem i nim zdążyłem się zorientować, byłem w sklepiku przy Metrze - z gorącym, opłaconym już hot-dogiem w łapie. Ponieważ nie lubię świadomie marnować jedzenia i pieniędzy, a żadnego głodnego łachmaniarza w okolicy nie widziałem, jedyną opcją była konsumpcja. Przez następny tydzień byłem grzecznym trawożercą, po czym wyjechałem na Chmielaki... i jak na złość okazało się, że nigdzie w bezpośredniej bliskości nie serwują żarcia bez mięsa, więc chłopaki zamówili pizzę z szynką i kurczakiem. Drugiego dnia imprezy szefostwo dostarczyło nam obiad - pieczoną golonkę i mocno mięsny bigos. W tym momencie stwierdziłem, że dalszy opór nie ma sensu...
Przyznaję jednak, że wyciągnąłem kilka budujących wniosków z tej porażki. Po pierwsze - przekonałem się, że jestem w stanie odstawić mięso na jakiś czas, a mój organizm sam będzie się o nie upominał, jeśli przesadzę. Po drugie, przesunięcie równowagi w diecie na korzyść warzyw może być dobra dla mojego zdrowia. Po trzecie, ograniczenie mięsa bardzo korzystnie wpływa na kondycję portfela.

Ile z założeń poprzedniego miesiąca planuję na stałe wdrożyć do swojego życia? Niewiele. Na pewno Usunę z diety produkty mięsopodobne na rzecz mniejszych ilości mięsa czystego, a przynajmniej mało przetworzonego. Przez ostatni miesiąc na stronie Marder&Marder Manufacture pojawiło się sporo przepisów na przetwory mięsne, które wymagają może więcej pracy, ale na pewno wyjdą mi bardziej na zdrowie. Z kolei pora roku sprzyja dużym zakupom warzywnym i robieniu rozmaitych domowych konserw na zimę. Kto wie, może z okazji urlopu wybiorę się nawet na grzyby? W sumie mieszkam przy samej krawędzi miasta, do lasu nie mam tak daleko.

Ale moje plany urlopowe to temat na oddzielny wpis. Póki co - czas uściślić wrześniowy etap projektu "Rok Bez...". Plan jest prosty: znaczne ograniczenie cukrów w diecie. Przez cały wrzesień nie ruszam żadnych słodyczy, cukru i ciastek. Białe pieczywo ograniczam do absolutnego minimum, podobnie jak biały ryż, makarony itp. Zastępuję je pieczywem pełnoziarnistym (a w miarę możliwości - całoziarnistym), kaszą, niewielkimi ilościami makaronu razowego. Daję bana mące i cukrowi w gotowaniu, nie wspomagam się słodzikami. Słodkie napoje - znikają, podobnie jak słodziki. Wyjątek stanowią niewielkie ilości naturalnego miodu, który i tak kupuję sporadycznie. Zakładam, że wystarczającą ilość słodyczy zapewnią mi owoce i piwo, którego z wielu powodów nie mogę wyeliminować z diety. Mam tylko zgryz z ziemniakami i kukurydzą - z jednej strony to mączyste, pełne cukrów warzywa, a z drugiej - stanowią dobry, bezglutenowy zamiennik dla chleba i makaronu. Podejrzewam, że skończy się na spożywaniu w ostrożnych ilościach.

Jestem dobrej myśli. Kilka lat temu urządziłem sobie dietę, w ramach której słodycze i pieczywo całkowicie wyleciały z mojego jadłospisu (nie licząc otrębowych muffinek na słodziku, które za każdym razem bezbłędnie przypominały mi, że nie da się zastąpić prawdziwych słodyczy podróbkami). W efekcie, po kilku miesiącach musiałem wymienić spory kawałek garderoby. Mam więc doświadczenie w przeżywaniu takich diet - najtrudniejsze będzie utrwalenie sobie nowych nawyków żywieniowych tak, aby nie wrócić po miesiącu do starych grzeszków. Wrzesień jest o tyle dobrym czasem na to wyzwanie, że nie szykują się żadne pełne pokus imprezy rodzinne, a urlop dodatkowo umożliwi mi kontrolę mojego trybu życia (tydzień bez leżącej przed moim nosem czekolady i półki pełnej chrupek w zasięgu ręki!).

Oprócz tego mam nadzieję, że kilka innych pomysłów na ten miesiąc skutecznie odwróci moją uwagę od zakazanych przyjemności. Jakie to pomysły? Napiszę niedługo.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Mielizny | "Rok Bez...": Lipiec (poniekąd) offline, sierpień bez mięsa.

Mija trzynaście lat, odkąd założyłem pierwszego bloga. Od tego czasu wielokrotnie nachodziła mnie myśl, że do blogowania trzeba mieć talent i pasję - najczęściej wtedy, gdy uświadamiałem sobie, że od miesiąca lub dwóch nic nie napisałem. Potem porzucałem bloga (zwykle nawet go nie kasując), a razem z nim marzenia o blogowaniu. Mijało kolejne kilka miesięcy, znowu czułem rozpaczliwą potrzebę pisania i zakładałem nowe pisadło, zamiast wrócić do starego.
Dziś uświadomiłem sobie, że mija miesiąc od ostatniego wpisu. Problemy w pracy, życiu osobistym, we własnej głowie - dla rasowego blogera nie stanowią podobno żadnej przeszkody w pisaniu, a dla ekshibicjonisty stanowią zwykle podstawowe źródło materiału. Problem polega na tym, że po tylu latach nadal nie jestem "rasowym" blogerem (i pewnie już zawsze zostanę blogowym kundlem-włóczęgą), a już dawno zniechęciłem się do publicznego prania swoich osobistych brudów. To oznacza, że gdy trafię na jakąś życiową mieliznę, mój blog zamiera. Moja aktywność internetowa ogranicza się do miejsc, które nie wymagają dużego zaangażowania intelektualnego i wysiłku - Facebooka, komiksów, wiki, YouTube. W realnym świecie jest jeszcze gorzej - utykam w ślepym cyklu pracy, spania i odmóżdżania się przed komputerem, niezdolny do jakichkolwiek kreatywnych działań. Nie inaczej jest teraz. Najbardziej intensywny sezon w mojej branży owocuje kompletnym brakiem czasu i weny, a w efekcie - nie mam czym się podzielić ze światem. Stąd miesięczna cisza na blogu.

Czemu tak o tym smęcę? Wbrew pozorom, mocno wiąże się to z głównym tematem dzisiejszej notki, czyli mocno spóźnionym podsumowaniem lipcowego etapu projektu "Rok Bez...". Zakładałem optymistycznie, że odcięcie się od internetu (nie licząc obowiązków służbowych i blogowania) pozwoli mi wskrzesić moje życie towarzyskie, odgrzebać zakopaną pod stosem cyberśmieci kreatywność i odnaleźć na nowo satysfakcję z codzienności. O, słodka niedźwiedzia naiwności.

"Lipiec offline" okazał się totalną porażką, nawet na tle niezbyt udanego czerwca. Myślałem, że zmiana domowego dostawcy internetu (a co za tym idzie, tymczasowy brak dostępu do sieci) pomoże mi w moich celach, a tymczasem okazało się, że każdą wolną chwilę w pracy spędzałem "odrabiając zaległości". Oczywiście taka obecność online z doskoku nie mogła przynieść żadnych sensownych efektów... Przekonałem się, że moje uzależnienie od komputera nie jest czymś, z czym mogę się uporać poprzez drastyczne zmiany, chyba, że miałbym całkowicie odciąć się od cywilizacji, wyjechać w dzicz i zostać pustelnikiem. A ponieważ nie widzę się w roli pustelnika, muszę zamiast tego postawić na metodę drobnych kroczków. Rozważałem już kilka sposobów, jak zrealizować tę metodę, ale jeszcze nad tym pracuję.

Póki co, mamy połowę sierpnia, a więc miesiąc bez mięsa. Okazało się ponownie, że musiałem zmienić założenia: uwzględnić w diecie rybę i odpuścić sobie marzenia o eliminacji nabiału. Nic nie poradzę, jestem wszystkożercą do tego stopnia, że pójście w pełny weganizm odbieram jako robienie sobie krzywdy. Może na jakimś późniejszym etapie projektu spróbuję ponownie, ale póki co - cieszę się jadłospisem bogatszym w warzywa. Nie mówię, że idzie mi świetnie, ale w porównaniu z poprzednimi miesiącami nawet kilka potknięć będzie sukcesem... Nie będę chwilowo wdawał się w szczegóły - zamiast tego postaram się terminowo opublikować podsumowanie sierpnia.

I wreszcie - mam plan, który może pozwoli mi wskrzesić moją dogorywającą kreatywność i doda sił na użeranie się z beznadziejną codziennością. Plan, który będę realizował najwcześniej od września, ponieważ resztę sierpnia zajmie mi zalew obowiązków w pracy. Nieważne. Jest plan, a jego realizacja to kwestia czasu i finansów.


piątek, 18 lipca 2014

"Moved by will alone."

Czytam ten cały szum informacyjny na Fejsie: tu wojna, tam wojna, tu spada samolot, tam spadają bomby, tu fruwają rakiety, tam pociski karabinowe przeciw kamieniom. Gdzie indziej ktoś wyraża niepokój, jakieś sankcje, nawoływania, społeczne ruchy poparcia dla tej czy innej strony którejś z wielu zadym dookoła świata (a szczególnie dwóch). I trochę już tym rzygam. Wiem, że to naiwna myśl, ale czy ludzie nie mogą po prostu żyć obok siebie?

Zanim ktoś zacznie gardłować, że w tym czy tamtym konflikcie ta czy tamta strona jest winna, czy inne takie pierdoły: tu nie chodzi o to, kto jest lepszy, a kto gorszy, kto zaczął, kto więcej zabił, kto prowokuje, a kto się prowokować daje. Wszystkie konflikty zbrojne na świecie mają jeden powód: przynajmniej jedna strona (a zwykle obie) woli się wściekać i atakować - werbalnie, ideologicznie, zbrojnie - niż usiąść, pogadać ze swoim wrogiem, powiedzieć o swoich oczekiwaniach i potrzebach, ale też (zgroza!) przyjąć do wiadomości i zaakceptować potrzeby tej drugiej strony.

W wojnach nie ma niewinnych stron. Są tylko niewinne ofiary, zwykle po obu stronach. I można się licytować, kto bardziej ucierpiał, ale tak naprawdę nie ucierpiałby nikt, gdyby nie doszło do wojny.

Jak napisałem wyżej - nieważne, kto zaczyna. Ważne, kto pierwszy powie "koniec tego" na tyle głośno, żeby dotarło do tępych łbów wydających rozkazy.

To tak uniwersalne, że aż smutne.
Tak, utopijne myślenie. Ale po prostu nie chce mi się wierzyć, że w XXI wieku, po tylu tak przerażających wojnach w ciągu ostatnich stu lat, nadal mamy ochotę i siłę zabijać się nawzajem. Masowo. O takie pierdoły, jak język, pochodzenie, wiara, przekonania polityczne. Często pod wpływem umacnianego w nas przekonania, że ten inny jest zły, że to demon w ludzkiej skórze, albo po prostu nie człowiek, tylko trybik w machinie wojennej wroga. Jak łatwo wtedy zapomnieć, że ten nasz "wróg" to samo usłyszał o nas - i tak jak my, łyknął ten bełkot bez większych zastrzeżeń.


Istnieje mnóstwo sposobów na rozwiązywanie konfliktów. Prucie do ludzi z karabinów, wysadzanie ich w powietrze czy walenie po głowach kamieniami to najgorsze z nich. Robimy to od wieków i jedyne, co nam to dało, to rozwój technologii służących coraz efektywniejszemu mordowaniu i okaleczaniu... dobra, i łataniu tych, którzy przeżyją. Ale sądzę, że świat jest ze swojej natury na tyle brutalny, że te ostatnie technologie prędzej czy później i tak byśmy odkryli. Wszystko jest w zasięgu ludzkich możliwości, jedynym naszym ograniczeniem jest słabośc naszej woli i granice wyobraźni. I mając ten olbrzymi dar - od Boga, od ewolucji, od kosmitów, wierzcie, jak uważacie - marnujemy go na wypruwanie sobie nawzajem flaków i wymyślanie usprawiedliwień. Nie tędy droga.

Do posłuchania na dziś: Tool, album "10000 Days". Szczególnie początek i koniec albumu, które pięknie podsumowują nasze uzależnienie od przemocy - tak wzajemnej, jak i oglądanej z bezpiecznej odległości.

Czyści jak w pierwszych dniach,
Oto mamy kamienie.

Zebrane, ułożone, wzmocnione,
Dają nam schronienie.

Czyści jak w pierwszych dniach,
Oto mamy kamienie.
By przegonić intruza,
By zranić go z czystym sumieniem.

Krzesząc pierwsze iskry,
Oto mamy płomień.
Oświetlimy nim drogę,
Ogrzejemy nim domy.

Krzesząc pierwsze iskry,
Oto mamy płomień.
Wykujemy w nim miecze
Na przyszłe pogromy...


niedziela, 13 lipca 2014

Teoria wybitej szyby, poziom europejski.

Obiecywałem sobie nie poruszać w najbliższym czasie tematów politycznych, światopoglądowych i podobnych. Niestety, czuję przemożną potrzebę złamania tego postanowienia, więc uznałem, że lepiej będzie zrobić to solidnie, na własnym blogu, niż wdawać się w bezsensowne i urywane dyskusje na Facebooku czy w innych równie niedorzecznych miejscach.

O co chodzi? Chyba już cała Europa wie, co zrobił jeden z najbardziej upartych polskich polityków. O tym, jak publicznie i na wysokim szczeblu doszło do rękoczynów, a osoba odpowiedzialna jest z siebie dumna i absolutnie nie widzi w tym nic złego. Jeśli przez ostatnie dwa dni byliście odcięci od świata, to podpowiem, o co chodzi: Korwin-Mikke uderzył Boniego w obecności innych europosłów, spełniając swoją "obietnicę".

Może nawet przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, gdyby ten incydent po prostu zaistniał, bez odzewu społecznego. JKM straciłby immunitet (na co się zbiera), zostałby oskarżony o pobicie lub coś podobnego, finito. Ale ilość głosów poparcia, które pojawiły się we wszystkich zakątkach sieci, autentycznie mnie przeraziła. Zarówno tych zamieszczanych przez anonimów, jak i tych podpisywanych pełnym nazwiskiem - co oznacza, że niektórzy ludzie jawnie, publicznie i bez żadnego wstydu popierają takie działania. W ramach tej notki pozwolę sobie zamieścić kilka cytatów. Zakładam, że osoby wygłaszające te opinie zdają sobie sprawę z tego, że zrobiły to w przestrzeni publicznej.
Marcin Majchrzak:
to się nazywa spełnianie obietnic wyborczych
Wiele głosów utrzymanych jest w tonacji "spełnił swoją zapowiedź". To w sumie zabawne. W polskim prawie istnieje takie pojęcie jak "groźba karalna". Owszem, jest to pojęcie-wydmuszka - osobiście przekonałem się, że policja wyśmiewa ludzi, którzy obawiają się zapowiedzianej napaści i zgłaszają, że im grożono. Niemniej w świetle prawa taka groźba wskazuje na premedytację, jeśli po jej ogłoszeniu ma miejsce odpowiadająca jej napaść. A to właśnie miało miejsce.Mieliśmy do czynienia z publicznym, zapowiedzianym i przygotowanym aktem przemocy. W jakim społeczeństwie żyjemy, jeśli podobny wyskok traktowany jest jak "obietnica wyborcza i jej spełnienie", a nie jak wyraz niskiej kultury osobistej, nieopanowanej agresji i pogardy dla prawa?
Jan Lew:
Nie rozumiem zaskoczenia. Już dawno mówił że jak go spotka to da mu po mordzie. 
Tu dochodzimy do naszej smutnej polskiej rzeczywistości. Prawda jest taka, że wybryk Korwina i deklarowane dla niego poparcie nie są zawieszone w próżni. Jego popularność nie bierze się znikąd. Żyjemy w kraju, w którym "przyzwoitość" kojarzy się wyłącznie z pruderią, szczerość mylona jest z chamstwem, a za przejaw honoru uważa się eskalację konfliktów. Nasze społeczeństwo żyje przemocą - nie tą kreskówkową, wyolbrzymioną i pełną wybuchów, którą widzimy w filmach, tylko codzienną, ponurą przepychanką między małymi duchem, przerażonymi, ale nadrabiającymi buńczucznością ludzikami. Cofamy się w rozwoju społecznym do etapu, na którym w pełni akceptowalne było udowadnianie swojej wyższości przez obrazę, ośmieszenie czy fizyczną napaść. Tracimy umiejętność inteligentnej dyskusji, a nawet rozumowania. Patrzymy z zachwytem na tych, którzy są bardziej od nas bezczelni, a zarazem przemawiają językiem, który dociera do naszych najgłębszych frustracji. Tak tworzą się elektoraty. Dlatego ludzie tęskniący za walczącym Kościołem z czasów PRLu garną się do PiSu. Dlatego ludzie spragnieni obietnic sukcesu głosują na PO. Dlatego frustraci chcący szacunku dla swojej odmienności pójdą w ogień za Palikotem, a ci, do których przemawia wolna amerykanka (oczywiście z nimi w roli zwycięzców - o czym zaraz), będą popierać Korwina. Każda z tych grup oczekuje, że jej wybrańcy będą mówić rzeczy wpasowujące się w jej światopogląd, a zarazem odsądzać od czci i wiary całą resztę. Żadna jednak nie wyraża tak otwarcie pożądania dla prymitywnych środków wyrazu, jak większość elektoratu Korwina.


Problem polega na tym, że ludzie po to stworzyli dyplomację, aby rozwiązywać konflikty bez przemocy. Po to wynieśli na wysokie stanowiska ludzi wykształconych, z wyższych sfer, kulturalnych albo po prostu inteligentnych, aby wszelkie spory rozwiązywać bez fizycznych napaści czy ich masowego odpowiednika - wojen. Co prawda istnieje stare powiedzenie, że wojna to kontynuacja polityki bardziej radykalnymi środkami, ale właśnie - kontynuacja, a nie podstawa. Podstawą polityki jest dyplomacja. Umiejętność forsowania swojej idei bez osobistej agresji wobec przeciwników, z zachowaniem ogólnie przyjętych norm zachowania. W dyplomacji nie ma miejsca na napaść, na osobiste wycieczki i pogróżki. Naruszenie nietykalności osobistej dyplomaty jest obrazą państwa, które dyplomata reprezentuje - co więc powiedzieć o sytuacji, gdy naruszającym jest reprezentant tego samego państwa?

Jednak dla przeciętnego wyborcy Korwina jego zachowanie nie jest w żaden sposób naganne. Jego zwolennicy będą go nazywać honorowym, odwołując się do starych sarmackich zwyczajów. Nie dociera do nich, że żyjemy w świecie, w którym prawo pięści pozostawiono marginesowi społecznemu, którego nie da się zreformować. Równocześnie ci sami ludzie będą protestować, gdy ich guru nawołuje do bicia dzieci, poniżania kobiet i innych zachowań niezgodnych z dzisiejszymi normami społecznymi, twierdząc, że wypowiedzi cytowane są bez kontekstu. Przykro mi, ale atak na Boniego jest bardzo silnie osadzony w kontekście innych zachowań i deklaracji Janusza Korwina-Mikke. Nie da się go zakłamać, można jedynie bronić go w możliwie najbardziej bezczelne sposoby, bez świadomości konsekwencji.
uwagiluzne:
Jesteście żałośni, dziennikarze. Policzek, to policzek. Nie pobicie, nie zabicie, tylko policzek.
Wspomniałem wcześniej, że zwolennicy Korwina najczęściej widzą się w roli zwycięzców propagowanej przez niego wolnej amerykanki. To oczywiste, gdy patrzy się na ich wypowiedzi - są przekonani o własnej wyższości, zaradności, o tym, że w korwinowskim liberalizmie to oni będą rządzić światem. Tak się składa, że miałem przyjemność - i mówię to bez sarkazmu, ponieważ naprawdę lubię zmagania intelektualne - być uczniem jednego z ekonomistów wspierających Korwina i propagujących jego światopogląd. Jak wyjaśnił mi od pierwszej lekcji, cała idea gospodarki wolnorynkowej, którą wspiera rzekomo Korwin, opiera się na jednym założeniu: człowiek jest istotą racjonalną, dążącą do maksymalnego i utrzymującego się zwiększenia swojego zysku. Moim głównym kontrargumentem wówczas było to, że człowiek mimo olbrzymiego potencjału rzadko zachowuje się racjonalnie, ponieważ kierują nim emocje, popędy i potrzeba zaspokojenia swojego ego. Oczywiście zostałem wyśmiany - ale wróćmy teraz z powrotem do Europarlamentu (albo do MSW, jak kto woli) i zobaczmy, co zrobił Korwin. Czy było to racjonalne? Czy rzeczywiście miało na celu coś innego, niż podbudowanie ego agresora? Uderzając innego dyplomatę i uzasadniając to światopoglądowo dał wyraźny sygnał, że takie działania traktuje jako pełnoprawne, nie podlegające krytyce ani karze, nawet na tak wysokim szczeblu. Tym samym niejako dał przyzwolenie, aby również w sytuacjach mniej oficjalnych i publicznych - w domach, na ulicach, w codziennych sytuacjach - ludzie stosowali wobec siebie przemoc i uzasadniali ją staroświeckim "kodeksem honorowym", który z kolei żądał, aby na siłę odpowiadać siłą. Jeśli sądzicie, że przesadzam, to proponuję zapoznać się z jego własną interpretacją tego zdarzenia.

Teraz wyobraźcie sobie, że  ktoś grozi wam, że za te czy inne rzeczy zostaniecie przez niego pobici. Następnie grożący zuchwale, w obecności innych osób rzeczywiście was uderza i wychodzi. Czy wysłalibyście do niego sekundantów, czy raczej policję? No właśnie - tu leży pies pogrzebany. Pan Korwin jest europosłem i w związku z tym nie można za nim wysłać policji, ponieważ chroni go immunitet. W związku z tym nie tylko może pobić swojego kolegę z Europarlamentu, ale też, gdy ten używa jedynej stosownej metody wyciągnięcia konsekwencji wobec agresora - publicznego ujawnienia incydentu - zwyzywać go od gnid i pochwalić się wybrykiem na swoim blogu.
Janusz Korwin-Mikke:
Gdyby wiedział, to bym, zamiast policzkować, napluł mu w twarz…
Póki co widzimy, że osoba mająca usta pełne frazesów o honorze zachowała się w sposób godny plebejusza, a nie osoby szlachetnej i honorowej. Ale przełóżmy to teraz na społeczeństwo. Wyobraźcie sobie tych wszystkich ludzi, którzy regularnie głosują na Janusza Korwina-Mikke w wyborach - do czasów ostatnich eurowyborów zapewniający mu miejsce widoczne w wynikach, chociaż poniżej progu wejścia - oraz tę całą młodzież, która nie ma jeszcze praw wyborczych, ale gardłuje za Korwinem na Facebooku i gdzie tylko się da. Statystycznie jest ich niewielu, ale licząc jednostkowo - cały tłum, prawda? I teraz pomyślcie, że ci wszyscy ludzie dostali właśnie od swojego wodza przyzwolenie na publiczną przemoc według własnego widzimisię, bez żadnych wyrzutów sumienia, za to z prawem chwalenia się swoim barbarzyństwem. Czy sądzicie, że racjonalnie powściągną swoje emocje i zdecydują, że bycie agresywnym chamem zmniejsza ich korzyść?
Tym jednym wybrykiem pan Korwin sprawił, że możemy czuć się mniej bezpieczni. Czy w tej sytuacji rozsądni ludzie nadal powinni się godzić na istnienie tego prowokatora w przestrzeni publicznej? Czy nadal wolno pozwalać mu na propagowanie przemocy, barbarzyństwa, i nienawiści? Czy ludzie pozostaną przekonani, że osobnik w muszce, tytułujący niektórych ludzi jako "W.Czc." czy "J.E." przecież nie może być zły, skoro hołduje takim uroczym staroświeckim formom?
Czy też nareszcie coś pęknie, ktoś postawi na swoim i Janusz Korwin-Mikke zostanie odstawiony na boczny tor, wykluczony ze świata politycznego i publicystycznego poprzez ten sam społeczny konsensus, który zakłada, że ludzie nie powinni bić się po twarzach, który wymusił już dawno temu zakaz pojedynków, który nie pozwala maltretować (czy, cytując pana Korwina, "tresować") dzieci i kobiet?

Jesteśmy pośmiewiskiem świata, krajem, który kojarzy się ze wszystkim, co najgorsze. I jak długo ludzie pokroju Janusza Korwina-Mikke będą przez nas - ogół narodu, do którego przecież należą jego wyborcy - upoważniani do reprezentowania Polski, tak długo ten stereotyp się nie zmieni. Przecież ryba psuje się od głowy...


P.S. Żeby nie było - nie rozgrzeszam żadnego polskiego polityka. Janusz Korwin-Mikke nie jest jedynym "złym" na polskiej scenie politycznej. Jest natomiast najjaskrawszym przykładem tego, że ludzie dopuszczają do polityki każdego, kto jest wystarczająco bezczelny - niezależnie od tego, jak przerażające rzeczy kryją się za jego przekonaniami czy programem.
A jeśli kogoś zastanawia tytuł notki, odsyłam do artykułu "Od wybitej szyby do wybitych zębów" na blogu Kryzysowo.pl - mam nadzieję, że zrozumiecie moje skojarzenie i wyciągniecie wnioski.

wtorek, 1 lipca 2014

"Rok Bez...": Czerwiec bez pyskówek, lipiec bez...

Minął pierwszy miesiąc projektu "Rok Bez..." i jestem bardzo niezadowolony z wyników.

Muszę powiedzieć, że kiedy porywałem się na ten projekt, byłem przepełniony takim huraoptymizmem, że nie spodziewałem się pierwszych porażek już na początku czerwca. Dałem sobie specjalnie kilka dni na "rozpęd", które akurat nałożyły się na śmierć generała Jaruzelskiego i cały związany z tym shitstorm w internetach. Udało mi się te dni przetrwać z minimalnym zaangażowaniem (przynajmniej jak na mnie), po czym przyszedł czerwiec. Te wszystkie kontrowersyjne tematy na Fejsbuku. Dyskusje o wyższości czegoś nad czymś. O ile przez większość czasu udawało mi się przemykać obok takich punktów zapalnych, kilkukrotnie zawieszałem oko na czymś niekoniecznie dla mnie istotnym, ale pozwalającym się popisać inteligencją i sarkazmem... po czym wracałem i kasowałem mój komentarz, zanim ktokolwiek odpowiedział. Chociaż nie zawsze. W połowie miesiąca złamałem się i wziąłem udział w kilku dyskusjach, wyjątkowo zirytowany ludzkim chamstwem i nieodpowiedzialnością.
Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że udostępnianie jakichkolwiek kontrowersyjnych informacji lub wypowiadanie kategorycznych sądów nieuchronnie prowadzi do przepychanek słownych. Tak się składa, że wśród facebookowych znajomych mam przekrój sporej części społeczeństwa: co najmniej dwa pokolenia, wszelkie orientacje polityczne (także dość ekstremalne), różne wyznania, różne filozofie życiowe i doświadczenia. W tej sytuacji każdy temat związany z polityką, religią, społeczeństwem czy ekonomią jest tykającą bombą. Aby nie tonąć w bezsensownych, nie kończących się licytacjach o słuszność, muszę całkowicie unikać udostępniania kontrowersyjnych informacji, nawet, jeśli osobiście bardzo mnie poruszyły i chciałbym otwarcie wygłosić swoją opinię. Moja podświadomość odbiera to jako rodzaj niewoli, chociaż po namyśle uświadamiam sobie zawsze, że niewolą jest właśnie poczucie "konieczności" dzielenia się swoim zdaniem z innymi.
Dość powiedzieć, że pod koniec miesiąca totalnie straciłem samokontrolę. Obwiniam trochę intensywny miesiąc w pracy, skutkujący potrzebą rozładowania frustracji w możliwie nieszkodliwy dla bezpośredniego otoczenia sposób. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej.

Powoli identyfikuję skazy charakteru, które stoją za takim stanem rzeczy. Nie jest za niego odpowiedzialna kłótliwość jako taka - gdybym był w stanie żyć bezkonfliktowo, byłbym szczęśliwym człowiekiem. Moją największą słabością jest świadomość własnej inteligencji połączona z generalnie niską samooceną. Nie mam twardych łokci, nie jestem bezwzględny, nie jestem ze wszech miar zajebisty. Czuję się przez to gorszy, słabszy, mniej istotny. Najprostszym rozwiązaniem jest konflikt, który da mi poczucie dominacji intelektualnej nad innymi, który powoli mi nadać wyraźny sygnał "moje myśli, moje przekonania i moje uczucia mają znaczenie!".
A problem sięga znacznie głębiej. Moja Ania wielokrotnie mówiła mi, że mam tendencję do przemocy werbalnej, w dodatku znacznie bardziej wysublimowanej, niż wyzwiska i chamskie odzywki. Że znęcam się nad ludźmi słowami, torturuję ich i ośmieszam. Zawsze przyznawałem jej rację, ale dopiero teraz zdaję sobie sprawę ze skali tego problemu: dzień bez werbalnego wdeptania w ziemię jakiegoś kulejącego logicznie i emocjonalnie prymitywa jest dla mnie dniem odwyku na "zimnego indyka". Dlatego pod koniec czerwca zachowywałem się już jak narkoman na ciężkim głodzie, nie mogący znaleźć sobie miejsca.

Czerwiec się skończył i natychmiast wystrzeliłem jak chart spuszczony ze smyczy. Jest kilka tematów, na punkcie których jestem drażliwy - i dzisiaj właśnie taki temat został poruszony na Facebooku przez pewnego trolla (a może po prostu idiotę?), w sposób tak chamski i tępy, że nie mogłem sobie odpuścić wejścia w konflikt. Nie w dyskusję, bo dyskusja to wymiana argumentów merytorycznych. Tutaj doszło do zderzenia merytoryki z mitem, oburzenia z chamstwem. Konflikt w czystej postaci. To właśnie skłoniło mnie ostatecznie do decyzji, która rozważałem od jakichś dwóch tygodni: zmiany założeń projektu na lipiec.

Wiem, że pierwotnie miałem odpuścić sobie gry komputerowe. Służą głównie zapchaniu czasu i wyciszeniu nadmiernej aktywności mojego mózgu. Nie kupuję nowych gier i nie mam cierpliwości do wielu starych, więc najczęściej tłukę w World of Tanks albo inne rzeczy wymagające minimalnego wysiłku intelektualnego i zaangażowania emocjonalnego. Przynajmniej tak to wygląda z mojej obecnej perspektywy.
Z kolei "życie online" bardzo mocno angażuje mnie emocjonalnie, a ciągły przepływ informacji zawala mi mózg, nie pozwalając normalnie funkcjonować. Nauczony przykrymi doświadczeniami czerwca stwierdzam, że jedynym sposobem na wyłączenie tego szumu jest odcięcie się od niego.
Brzmi drastycznie? Spokojnie, nie zamykam bloga ani nie znikam kompletnie z sieci - po prostu mocno ograniczam swoją obecność tam, gdzie dopada mnie najwięcej zbędnych informacji. Robię czystkę na Facebooku, zamierzam wchodzić na niego tylko w celach służbowych, blogerskich i żeby sprawdzić prywatne wiadomości. Daję sobie absolutny szlaban na bezsensowne dyskusje - czyli przedłużam temat z czerwca. YouTube i inne serwisy multimedialne - tylko do zapewnienia sobie muzyki w tle (nienawidzę ciszy) i rozwijania interesującej mnie wiedzy (degustacje piwne, tutoriale rzemieślnicze...). Żeby dodatkowo zredukować bałagan, ograniczam dzienną ilość rozrywki komputerowej do dwóch godzin - to obejmuje gry, wiki, komiksy i wszelkie podobne rzeczy. Bez ograniczeń pozostawiam jedynie blogowanie i związane z nim czynności, sprawy służbowe i kontakt mailowy.

Nie zaoszczędzę w ten sposób zbyt wiele czasu - większość miesiąca i tak spędzę w pracy - ale przynajmniej zwiększę swoje moce przerobowe. W czerwcu niewiele z tego wyszło, bo sama moja obecność na Facebooku była wystarczająco rozpraszająca.

Czas... start.